Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live in Berlin

Live in Berlin - Depeche Mode

Live in Berlin

Wykonawca:

Depeche Mode

Gatunek:

Pop rock

9 /10

Płyta - trasa koncertowa - DVD. (Delta) Machina Depeche Mode od lat toczy się znajomymi torami.

Nie można zapomnieć jeszcze o singlach (koniecznie w kilku wersjach) czy składankach, czyli wszystkim tym, co nakazuje wiernym fanom zespołu (oraz ich portfelom) pozostawać w stanie wiecznej czujności i gotowości do zakupów.

Depeche Mode, jak na - nie da się ukryć - weteranów sceny, dostojnie wkraczających w dany tylko nielicznym bezpieczny świat megagwiazd-dinozaurów (choć jednocześnie wciąż bardzo żwawych, o czym nieco dalej) znaleźli się w punkcie osiągniętym przez wiele innych formacji o podobnym statusie. Wytrwale budowali swą karierę przez kilka dekad, przetrwali zawirowania, które niechybnie pochłonęłyby słabszych niż oni osobników i właściwie niczego nie muszą już udowadniać. Wielkie, ponadczasowe dzieła mają na koncie od dawna, nowych już raczej nie stworzą i chyba nawet nikt tego od nich nie oczekuje.

Kolejne płyty, takie jak "Sounds of The Universe" czy "Delta Machine" wciąż jeszcze rozgrzewają legiony fanów, a tych Brytyjczycy mają przecież niezawodnych, ale przede wszystkim są doskonałym pretekstem do tego, by zespół mógł ruszyć w kolejną trasę, w ramach której, poza kilkoma nowościami, usłyszymy z grubsza tę samą wiązankę największych depeszowych przebojów. Gdyby podczas koncertu w Warszawie, Łodzi czy Berlinie zabrakło - dajmy na to "Heaven" (z "Delta Machine" można było bez trudu wykroić lepszy startowy singiel) nikt by pewnie nawet nie mrugnął. Ale wyobraźmy sobie sytuację, że fani nie dostają na przykład "Enjoy The Silence". To przecież nie przypadek, że w setliście "Live in Berlin" nie zmieścił się ani jeden utwór z "Sounds of The Universe" (ręka w górę, kto zapłakał z tego powodu?!), jest za to "I Feel You" i "Never Let Me Down Again". Bo przecież nie mogło ich nie być.

Fakt rejestracji koncertu w ramach Delta Machine Tour właśnie w stolicy Niemiec ma rzecz jasna wymiar symboliczny. Tu powstawały takie albumy, jak "Some Great Reward" i "Black Celebration", tu przez pewien czas mieszkał Martin L. Gore, wreszcie niemieccy depesze od zawsze należą do awangardy najwierniejszych fanów zespołu. Być może miało to wpływ na atmosferę berlińskich gigów (na DVD znalazły się koncerty z 25 i 27 listopada). Dodatkowo muzycy wspominają w zamieszczonym na krążku wywiadzie, który przeprowadził z nimi Anton Corbijn, że podczas tej trasy wyjątkowo dobrze i komfortowo czuli się ze sobą na scenie. Było to widać podczas polskich występów, ale oczywiście na DVD jest to jeszcze bardziej zauważalne. Zniknął senny, dziwnie wycofany zespół, który trochę męczył się na poprzednim "Tour of the Universe: Barcelona 20/21.11.09", a pojawił się kolektyw (zwróćcie uwagę, jak w kilku fragmentach muzycy dziękują sobie wzajemnie poprzez uściski dłoni), który wyraźnie miał wielką ochotę dać z siebie wszystko. Oczywiście niebagatelny wpływ na tę widoczną gołym okiem różnicę miała także setlista, choćby dzięki temu, że kawałki z nieudanego "Sounds of The Universe" zostały zastąpione znacznie lepszymi kompozycjami z ostatniego albumu. Poza evergreenami, bardzo dobrze sprawdziły się także utwory zagrane w wersjach zremiksowanych, czyli "Halo" oraz świetny, mechaniczny i wybitnie koncertowy "A Pain That I'm Used To", a także dodatkowe fragmenty kawałków, często oparte na mocnej elektronice. Dzięki nim taki na przykład "Enjoy The Silence" zyskał sporo nowego życia.  

Wspomniałem o Antonie Corbijnie. Jego powrót do ekipy Depeche Mode w roli nie tylko scenografa i projektanta sceny, ale także reżysera to kolejny ogromny plus, zwłaszcza jeśli chodzi o realizację DVD. To w końcu on stoi za absolutnie genialnym "Devotional" i urzekającym wizualnie "One Night in Paris". O ile nakręcony już bez niego "Live in Milan" trzymał poziom, tak "Tour of the Universe" był już porażką na całej linii. Russell Thomas zafundował na nim kompilację dalekich planów, nadużywanych ujęć przez ręce, rozmytych kadrów czy bezsensownego koncentrowania się na mało znaczących detalach. Dzięki Corbijnowi, który zrealizował koncert bez szaleństw i w sposób dość tradycyjny, wszystko wróciło do normy, a "Live in Berlin" po prostu świetnie się ogląda. Być może część towarzyszących muzyce wizualizacji na kolana nie rzuca, ale na przykład chwila, gdy aktorka pojawiająca się na ekranie telebimów podczas video do "Halo" zostaje złapana przez kamerę również wśród publiczności, to doskonały pomysł, który robi świetne wrażenie.

Pomysł ten można docenić jednak tylko oglądając drugi krążek DVD, dołączony do pięciopłytowego boksu. DVD nr 1 to bowiem koncert w stanie czystym. Na drugim krążku zapis występu został uzupełniony dodatkowymi wizualnymi elementami, fragmentami wywiadów z zespołem, towarzyszącymi mu muzykami i managerem Jonathanem Kesslerem, a także wypowiedziami fanów (również z Polski), a nawet ludzi z ulicy, z których część o Depeche Mode nigdy nie słyszała. Rolę wisienki na torcie pełni Bordello Acoustic Session, czyli zaśpiewane przez Gore'a tylko z towarzyszeniem fortepianu "Condemnation" oraz "Judas". Martinowi akompaniuje koncertowy klawiszowiec grupy Peter Gordeno, pojawia się również wspomniana wyżej aktorka z "Halo". Dzięki temu całość zyskuje dodatkowy, spójny wymiar.

Box uzupełniają dwie płyty audio z zapisem koncertu oraz piąty krążek Blu-ray, na którym znalazł się ostatni album "Delta Machine" w formacie 5.1 Audio. Warto również przejrzeć booklet, w którym umieszczono narysowane, zapewne ręką Corbijna, projekty sceny oraz wizualizacji towarzyszących niektórym utworom. "Live in Berlin" to doskonała esencja aktualnego oblicza Depeche Mode. Fani nie powinni się zastanawiać. Do sklepu marsz.

Szymon Kubicki