Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live in Tokyo

Live in Tokyo - Jeff Beck

Live in Tokyo

Wykonawca:

Jeff Beck

Gatunek:

Rock

7 /10

Odkąd skończyły się lata siedemdziesiąte, muzyki od Jeffa Becka dostawaliśmy mało. Średnio po trzy płyty na każde dziesięciolecie, nie wliczając licznych gościnnych występów na albumach artystów zazwyczaj pierwszoligowych.

Niby niedostatek, ale ciągle wystarczająco, by o Becku nie zapomnieć. Każdy przebłysk artystycznej aktywności gitarzysty jest więc - prócz tego, że szeroko komentowany - na wagę złota, a biorąc pod uwagę, że w tym roku stał się sędziwym siedemdziesięciolatkiem, to może i bezcenna. Szczególnie, że to nie płyta studyjna, a koncert - cóż bowiem może cieszyć bardziej, niż oglądanie wirtuoza w akcji? Taką okazję będą mieli wszyscy, którzy sięgną po "Live in Tokyo", zapis występu z 9 kwietnia roku 2014 mającego miejsce w Tokyo Dome City Hall.

Beck do Japonii przybył z zupełnie nową świtą. Jonathan Joseph na perkusji, Nicolas Meier na gitarze oraz Rhonda Smith w roli basistki - i to właśnie głównie nowy skład przemawia za tym, że "Live in Tokyo" to nie powtórka z rozrywki. Dlaczego powtórka? Otóż setlista japońskiego koncertu jest bardzo podobna do tej z ostatniego wydawnictwa DVD Becka "Live at Ronnie Scott's" (2008). Na całe szczęście uczucie deja vu znika już przy pierwszych taktach "Loaded", głównie za sprawą bardzo swojskiego podejścia do materiału. Jest to ważne, biorąc pod uwagę, że spora część koncertu z Tokio to covery. Pojawiła się całkowicie gitarowa wersja "Little Wing" Hendrixa, "You Know, You Know" z repertuaru Mahavishnu Orchestra (w wersji Becka bardzo przeciętna), ale również "A Day in The Life" (The Beatles), "Cause We've Ended As Lovers" (Stevie Wonder), "Stratus" Billy'ego Cobhama, "You Never Know" Jana Hammera czy jedyny wokalny (śpiewa basistka, Rhoda Smith) "Rollin' and Tumblin'", słynny utwór Moody'ego Watersa.

Całe show ogląda się nieźle, choć gitarzyści kostkowi na sam widok grającego palcami Becka mogą dostać odcisków na kciuku, nie zapominając o zupełnie podświadomym bólu paluchów. Niejednokrotnie można zachwycać się fantastycznymi solówkami i zachodzić w głowę nad techniką wykonania, tym bardziej, że Jeff prowadzi nas właściwie przez wszystkie gatunki, w których na przestrzeni lat zaznaczył swoją obecność: hard rock, fusion, rock progresywny czy blues. Obcując z materiałem ciężko jednak nie odnieść wrażenia, że nie wszystko się Beckowi udało, niektóre utwory (jak choćby wspomniany już "You Know, You Know") zdają się być nie do końca przemyślane, zupełnie jakby artysta nie miał na nie pomysłu i właśnie z braku jakiegoś konceptu, poza głównym, nie wdawał się choćby w dalsze improwizacje, cokolwiek co ożywiłoby dość skostniałe wykonanie. Takiej finezji zabrakło kilkakrotnie. Zdarza się też Beckowi zagrać trochę za dużo niż powinien, przykładowo uderzając po strunach nie tam gdzie trzeba - co akurat można wziąć i za plus, szczególnie gdy nie przepada się za bezbłędnością gitarowych maszyn o nazwiskach chyba wszystkim zainteresowanym znanych.

Można przyczepić się też do realizacji koncertu - nie chodzi o obraz i dźwięk, które są absolutnie perfekcyjne, ale zupełne niezrozumienie przez montażystów istoty występów artystów pokroju Becka. No bo cóż kogo interesuje widok całej sceny, akurat w momencie gdy gitarzysta wyczynia ze swym instrumentem istne cuda. Dlaczego realizatorów najbardziej interesuje perkusista, gdy wypadałoby zrobić zbliżenie na gryf w celu pokazania jaką magię palcami trzeba wyczyniać, żeby zagrać tak jak Beck w najbardziej istotnym dla utworu momencie. Rzecz niepojęta, tkwiąca raczej w nieznajomości tematu przez reżysera i ekipę montującą.

Całość jednak nie rozczarowuje. Jeff Beck mimo, że nie jest w najwyższej formie, potrafi zainteresować wykonaniem, przykuć uwagę techniką i warsztatem. No i przyprawić o ból kciuka.

Grzegorz Bryk