Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Walk of Shame

Walk of Shame - Rusty Cage

Walk of Shame

Wykonawca:

Rusty Cage

Gatunek:

Rock

8 /10

Trzeci album studyjny w niedługiej historii krakowskich hard rockowców z Rusty Cage przyniósł sporo zmian - zarówno gorszych jak i lepszych - które jednak, bez względu na jakość, mogą zespołowi tylko pomóc w dotarciu do szerszej publiczności.

Bo Rusty Cage nie mają przecież nic do stracenia. Grupa istniejąca od 2011 roku, na dwóch poprzednich albumach ("Let the Rifle Fire" 2011, "Drugs For Your Broken Heart" 2013) jasno definiowała swoje muzyczne oblicze. Poruszali się w obszarze amerykańskiego rocka w stylu Stone Temple Pilots, Soundgarden czy nawet Velvet Revolver wymieszanego ze slashowymi gitarami. Dość zadziorne granie, z lekka garażowe, trochę piaszczyste, z masą świetnych, chwytliwych hard rockowych riffów i równie udanych wokali. Obecnie grupa pod przewodnictwem gitarzysty Arkadiusza Żureckiego nie zrezygnowała wprawdzie całkowicie z ciężkości brzmienia poprzedniczek "Walk of Shame", choć bezwzględnie zdelikatniała na modłę mocniej melodyjnych, ale mniej drapieżnych numerów Queens Of The Stone Age, King Of Leon czy Foo Fighters, ale także bardzo rześkiej rockowej alternatywy.

Rusty Cage przebojowi byli od początku, ale nigdy wcześniej kompozycje nie miały aż tak potężnego potencjału radiowego. Właściwie każdy kawałek z "Walk of Shame" to murowany hit, który dodatkowo nie zamyka się w ramach gatunkowości - powinien spodobać się nie tylko fanom Guns N'Roses, ale i Muse (refren "Queens & Jack" spokojnie mógłby znaleźć się w repertuarze Matthewa Bellamy'ego, podobnie jak linia wokalna z "Vampire Dance"). Nawet gustujący w mainstreamie popu znaleźliby na "Walk of Shame" melodie dla siebie. Nie jest to bynajmniej zarzut, lecz argument świadczący o elastyczności i smykałce do tworzenia pierwszorzędnych i wciąż nie trącących kiczem piosenek. Wszystko to podano w towarzystwie świetnego instrumentarium: porządnych riffów i równie udanych, zadziornych solówek; świetnej, żywiołowej sekcji; a również niezwykle chwytliwych wokali Krzysztofa Grześkiewicza. Skład i umiejętności godne koncertowej bestii.

Mało tego, że chłopaki zasypali słuchaczy hiciorami, to postanowili zaserwować również polskojęzyczne numery - to właśnie one mogą nieco mniej wymagających słuchaczy przyciągnąć do Rusty Cage, posłużyć za swoisty wabik. "Plane-ty" i "Epicentrum" po prostu muszą się spodobać, bo ich potencjał melodyczny jest olbrzymi. Dobrze, że zespół poszukuje jak najwięcej dróg do szerszej publiczności, nie zapominając przy tym o rzeczach, które z takim polotem nagrywał wcześniej - bo przykładowo zamykający album "Grey", to właściwie esencja amerykańskiego hard rocka spod znaku Rusty Cage, nie zapominając o slashowych zagrywkach Żureckiego.

Na przestrzeni zaledwie czterech lat krakowski zespół zrobił i nagrał tyle, że z obecnym repertuarem i stylistyką, w jakiej się obraca powinien brylować na polskich scenach, również festiwalowych. Albumy i koncerty Rusty Cage to smakowity kąsek dla każdego fanatyka współczesnego amerykańskiego hard rocka. Jeśli dodać do tego numery z "Walk of Shame", to polotem i przebojowością kapela zaskarbi sobie również serca maniaków melodyjnego rocka alternatywnego. Ta muzyka po prostu chwyta, jej luźny charakter porywa, a melodie aż same cisnął się na usta. Szkoda, że tylko 35 minut...

Grzegorz Bryk