Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live At The Legendary Horseshoe Tavern

Live At The Legendary Horseshoe Tavern - The Jeff Healey Band

Live At The Legendary Horseshoe Tavern

Wykonawca:

The Jeff Healey Band

Gatunek:

Blues rock

8 /10

Całkiem niedawno telewizja po raz kolejny pokazała film "Wykidajło" (angielski tytuł "Road House"). Mniejsza o fabułę najważniejsze jest to, że w pewnej knajpie do konsumpcji przygrywa blues-rockowe trio prowadzone przez niewidomego gitarzystę Codyego.

Tak naprawdę był to Jeff Healey ze swoim zespołem. Dla wielu miłośników blues-rockowego grania, zwłaszcza w Polsce, była to okazja, aby zobaczyć i posłuchać go w akcji i wiem, że to spotkanie pozostało w pamięci na długie lata.

Dobrze się stało, że po śmierci Healeya znaleźli się ludzie, którzy zadbali o to, aby jego dokonania nie zalegały gdzieś w zakurzonych archiwach, tylko cieszyły słuchaczy. To już kolejna płyta z niepublikowanymi wcześniej nagraniami Jeffa, jaka pojawia się na rynku muzycznym. Tym razem sięgnięto po zapis koncertu, który odbył się w Horseshoe Tavern 16 grudnia 1993 roku. Healeyowi towarzyszyła jego stała sekcja rytmiczna w składzie Joe Rockman na basie i Tom Stephen na bębnach (to zresztą ci sami muzycy, którzy zagrali obok niego w filmie "Wykidajło") oraz grający na instrumentach klawiszowych Washington Savage i uroczo brzmiący dwuosobowy chórek żeński.

Początek koncertu przebiega zgodnie z moimi oczekiwaniami, czyli elektrycznie i to raczej rockowo. Czasem jest dynamicznie, czasem lirycznie, tu i ówdzie pojawiają się sympatyczne damsko-męskie harmonie wokalne, uroczo w tle bulgocze Hammond, a Jeff Healey ozdabia całość pełnymi emocji solówkami. Jego gitara brzmi w sposób bardzo specyficzny. Wynika to głównie ze sposobu, w jaki wydobywa dźwięki - trzyma gitarę płasko na kolanach. Szlachetny bluesowy pierwiastek w tej części koncertu wnosi znany z repertuaru ZZ Top "Blue Jean Blues".

Od numeru sześć rozpoczyna się niezwykle przyjemny secik akustyczny. Najpierw jest bardzo minimalistycznie, bo "That's What They Say" zaśpiewał Haley w pojedynkę, akompaniując sobie na gitarze akustycznej. W "You're Coming Home" dołączają do niego pozostali muzycy łącznie z paniami z chórku. Bardzo dobrym pomysłem było wykorzystanie zamiast Hammonda brzmień fortepianu. Świetnie pasuje to do akustycznego charakteru utworu. "Angel Eyes" pochodzący z płytowego debiutu Healeya "See The Light" kończy tę bardzo atrakcyjną i stanowiącą przyjemne urozmaicenie akustyczną część koncertu. Powrót do elektrycznego grania następuje za sprawą doorsowego klasyka "Roadhouse Blues", podanego w bardzo smakowitej wersji z Hammondem a potem również fortepianem. Oj, jak ja lubię takie zabawy z dynamiką i nastrojem, które w tym utworze zostały umiejętnie zastosowane. Zasadniczą cześć koncertu kończy "See The Light". Rzecz jasna nie mogło obejść się bez bisów. W tym charakterze zaprezentowano dwa klasyki i to z różnych stylistycznych bajek. Najpierw beatlesowski "While My Guitar Gently Weeps" w przecudnej urodzie wersji a potem kilkunastominutowy bluesowy długas "The Thrill Is Gone".

Jeff Healey miał bardzo dobrą rękę do coverów. Często po nie sięgał, a co najważniejsze potrafił je pięknie i po swojemu zagrać. Nie silił się na jakieś ekstra udziwnienia, karkołomne pomysły aranżacyjne - przy pomocy prostych środków potrafił naładować je emocjami i spowodować, że brzmiały świeżo i ciekawie, stanowiąc dużą konkurencję dla oryginałów. Nie inaczej jest i na tej płycie, bo w setliście koncertu znalazły się utwory z repertuaru takich wykonawców, jak: The Doors, ZZ Top, Tito & Tarantula, The Beatles, BB King i Mark Knopfler.

Z góry przepraszam za dydaktyczny smrodek, ale po obejrzeniu filmu i wysłuchaniu płyty naszły mnie pewne dość oczywiste refleksje. Jestem pełen podziwu dla ludzi ciężko doświadczonych przez los, którzy pomimo wszystko nie poddają się, robią to, co kochają walcząc z własnymi słabościami i ograniczeniami osiągając spektakularne sukcesy. Każdy "zdrowy", którego czasem ogarnia zniechęcenie, który ugina się pod problemami, jakie spotyka na swojej drodze powinien brać z nich przykład. Oni mięli/mają jeszcze gorzej a dali radę. Przykładów takich gigantów w muzyce jest sporo nawet u nas w Polsce. Pierwszy, jaki przychodzi mi do głowy to Vlodi Tafel znany choćby z formacji Believe, który pomimo amputacji nogi doskonale radzi sobie za perkusją.

Bardzo lubię Healeya za niesamowity ładunek emocji zawarty w jego muzyce, który jest bliski mojemu odczuwaniu. Nie chcę dokonywać jakichś wyszukanych porównań, ale podobne wrażenia towarzyszą mi, kiedy słucham Gary'ego Moore'a. Obaj prostymi środkami potrafili swoją muzykę naładować uczuciami, na które jestem pozytywnie uczulony i które zawsze mnie biorą.

Robert Trusiak