Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / New York Before the War

New York Before the War - Jesse Malin

New York Before the War

Wykonawca:

Jesse Malin

5 /10

Jesse Malin nagrał kolejną płytę, po wysłuchaniu której zadaję sobie pytanie, dlaczego amerykańscy spece od alternatywy tak bardzo go cenią.

Pięć lat - dokładnie tyle czasu minęło od wydania "Love It to Life", ostatniego solowego albumu muzyka z Nowego Jorku. Krążek, w którego nagraniu brał udział Ryan Adams, był powszechnie chwalony przez amerykańskie media, za to w Europie, mówiąc delikatnie, został zignorowany. Tak było zresztą w przypadku wszystkich wcześniejszych dokonań tego faceta.

Po przerwie na powrót do gry z zespołem D Generation, Malin wraca z albumem "New York Before The War", który - mam przekonanie - powtórzy drogę poprzedników. Za Wielką Wodą już pojawiają się pierwsze entuzjastyczne recenzje, Stary Kontynent wzrusza ramionami. Takoż i ja wzruszę.
Jesse jest bowiem artystą odtwórczym, nie oferującym choćby odrobiny oryginalnego podejścia do muzyki. Oczywiście, jest to zarzut, który równie dobrze można wysunąć w kierunku 90% współczesnych grajków, nawet tych pozytywnie ocenianych. Sęk w tym, że Malin przy swoim kopiowaniu od innych, jest bardzo chaotyczny i tak naprawdę ciężko u niego znaleźć jakąś myśl przewodnią, nurt, w którym chciałby się nurzać.

Sporządzając notatki w trakcie słuchania "New York Before The War" praktycznie ani razu nie użyłem przymiotnika do opisania piosenki (ładny/brzydki/szybki/wolny itd.). Każdy numer oznaczyłem przy pomocy jakiegoś artysty/zespołu, do którego Jesse nawiązuje. Przykłady? "Turn Up Mains" to song wzięty żywcem z dynamicznych płyt The Bad Seeds. "She's So Dangerous" to nieco łzawa piosenka rodem z krążków Niella Younga. "Freeway" przypomina co bardziej rockowe kawałki Davida Bowiego, "Bent Up" - najbardziej Beatlesowskie z dorobku Oasis. "Boots Of Imagnation" to zaś nawiązanie do nieco wesołkowatej muzyki Deep Blue Something. Chyba nie muszę wymieniać dalej…

Nie da się ukryć, że niektóre kawałki Malina są naprawdę chwytliwe, jak choćby folkowa, akustyczna ballada "The Year That I Was Born", czy zadziorny i dynamiczny "Freeway". Pozostałe są co najmniej przyzwoite. Nie leży mi właściwie tylko ballada otwierająca płytę, "The Dreamers", budzi moje obrzydzenie. Jest mdła, bez klimatu, zupełnie niezdatna do rozpoczęcia albumu.

W mojej opinii mamy więc do czynienia z produktem nad wyraz przeciętnym, choć Boże broń nie koszmarnie złym. Jednak nie mogę zrozumieć, jak ktokolwiek jest w stanie się tak podaną muzyką ekscytować. Dziwni są ci Amerykanie…

Jurek Gibadło