Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Small Town Violence

Small Town Violence - Whitewater

Small Town Violence

Wykonawca:

Whitewater

Gatunek:

Hard rock

9 /10

Wraz z pojawieniem się "Small Town Violence", na scenie gitarowego grania wybuchła prawdziwa rockowa petarda.

Mało powiedziane! Jest to materiał tak niestabilny i czuły na każdy ruch jak nitrogliceryna. Jakiejkolwiek bombowej metaforyki by się nie trzymać, trzeba powiedzieć, że krążek od Whitewater to wielkie wydarzenie skali światowej.

Co stanie się, gdy siła nie do zatrzymania natrafi na swej drodze obiekt nie do pokonania? - tak pytał niejeden filozof i logik, gdy tymczasem abstrakcyjna sytuacja została sprowadzona do laboratoryjnego doświadczenia. Oto bowiem na drodze Jasona Barwicka stanęło trzech muzyków z podpoznańskiego Śremia, wcześniej grających pierwszorzędny hard rock w grupie K=I=W=I. Gwoli wyjaśnienia, Jason Barwick to lider i zarazem siła napędowa brytyjskich dziedziców spuścizny ciężkiego rocka lat '70, zespołu The Brew, który niejednokrotnie na Gitarzyście obrzucaliśmy superlatywami (najwyższe noty za albumy "Control" i "The Third Floor" mówią same za siebie, nie gorzej było z "A Million Dead Star" i "The Joker").

Szymon Baranowski (perkusja), Piotr Golimowski (bas) i Jędrzej Wencka (gitara) zaś to prawdziwie solidna ściana dźwięku i zawodowe instrumentarium, gdzie potężna sekcja współgra z gitarami mogącymi z powodzeniem rywalizować w wadze ciężkiej - nie bez znaczenia jest tu ich poprzedni zespół, przede wszystkim zaś bardzo wyrazisty, ostatni przed rozpadem K=I=W=I album "State The Obvious Or We Will Bid Farewell" (2012). Barwick i trójka Polaków przekuli sceniczne doświadczenie we wspólny materiał, który - co może jest nawet nieco kuriozalne, ale warto postawić tak odważną tezę - poziomem przewyższa nawet płyty The Brew.

Tak bowiem jak brytyjski band garściami czerpie z przeszłości, tak Whitewater jest już graniem dużo bardziej naznaczonym współczesnym obliczem hard rocka. Oczywiście jest w muzyce zespołu dzikość i nieokiełznanie Led Zeppelin, ale również posmak grunge'u spod znaku Pearl Jam, trochę też mocniej rock'n'rollowych a mniej duszny Soundgarden i Audioslave, podsyca to wściekłość Nirvany, stonerowy brud oraz ciężar, wreszcie beztroska choćby i solowego Slasha. Idealnie dobrane składniki by wykreować hard rockową płytę z najwyższej półki i "Small Town Violence" w istocie takim krążkiem właśnie jest - bez wątpienia będzie to jeden z najlepszych w swej kategorii stylistycznej debiutów roku.

Dość nieoczekiwanie w przypadku Whitewater zagrało dosłownie wszystko. Świetne, potężne instrumentarium, gdzie właściwie każdy z muzyków odwala niesamowitą robotę: gęsta perkusja, doskonale słyszalny bas, zadziorne gitary serwujące elektryzujące riffy i barwne solówki. Do tego ten niesamowity Jason Barwick i jego perfekcyjne linie wokalne - pierwsza liga światowa! Dodatkowo fantastyczne zaplecze trudziło się nad albumem, bo "Small Town Violence" nie robiłoby tak oszałamiającego wrażenia, gdyby nie wyciśnięto z muzyki tak nieprawdopodobnie zadziornego brzmienia - ukłony szacunku w stronę realizatorów dźwięku z Vintage Records i Karlinstudio.

Wracając do muzyki. Krążek wypchany jest rasowymi hard rockowymi numerami układającymi się w spójne i charakterystyczne oblicze Whitewater. Są tu rzeczy bardziej melodyjne (typowe hiciory: "Not This Way", "Will You Find Me?"), rock'n'rollowe ("Reload"), bluesowe ("Substance"), cięższe na modłę stonerową ("DDS"), a wreszcie i coś lawirującego pomiędzy, jak w przypadku świetnie otwierającego album "Delusions of Grandeur", tytułowego "Small Town Violence", czy wreszcie mieszającego stoner z Zeppelinami "What You Giving?". Słowem - jest czego posłuchać i czym się zachwycać. Tym mocniej, że Whitewater zaproponowali niezwykle różnorodny i barwny materiał, trzymający się jednak pewnych cech charakterystycznych dla brzmienia zespołu.

Jason Barwick w kooperacji z trzema Polakami wypada nadspodziewanie okazale. "Small Town Violence" to już nie tylko udany debiut, ale hard rockowa bomba, album dojrzały, w pełni świadomy swojego miejsca na scenie, potężnie brzmiący, rasowy, pełen chwytających melodii i bogatej strony instrumentalnej, wreszcie rozwścieczony, zbuntowany i odpowiednio przybrudzony, a i ładnie wydany. Bezwzględnie jeden z najlepszych tegorocznych krążków hard rockowych, o ile wpadnie w odpowiednie ręce i zyska rozgłos na jaki zasługuje - co może znowu nie być taką prostą sprawą, bo kłamstwem jest mówienie w dzisiejszych czasach, że dobra muzyka obroni i sprzeda się sama. Niemniej wielkie brawa dla Whitewater i czapki z głów! Nic innego tylko rozpływać się w zachwytach oraz trzymać kciuki, by nie była to jednorazowa inicjatywa.

Grzegorz Bryk