Kup Magazyn Gitarzysta

Dom zły - Malchus

Dom zły

Wykonawca:

Malchus

Gatunek:

Metal

8 /10

Wywodząca się z Przeworska kapela Malchus ma na swoim koncie kilka nagrań studyjnych, ale dotąd nie zdołała przebić się do masowej świadomości. Najnowsze dzieło zespołu "Dom zły" ma szansę to zmienić.

Krążek trwający niecałe czterdzieści minut, to materiał dojrzały, świadczący o właściwym przepływie krwi pomiędzy czwórką autorów, a zarazem rzecz wnosząca dużo wyjątkowości na polską metalową scenę. Okazuje się bowiem, że ciężkie brzmienia w wydaniu chrześcijańskim można przenieść nie tylko na przestrzeń rockową, ale również metalową, sięgającą niekiedy ekstremy, jak to bywa w przypadku albumu "Dom zły". Opowieści napisane i opowiedziane przez Malchusa zostały natchnione etosem chrześcijańskim. Przybliżają słuchaczowi naturę chrystusowej nauki, aby jednocześnie zwrócić uwagę na stopniowe odchodzenie jego wyznawców od tradycyjnych dogmatów. Malchus ustami Radosława Sołka mówi: nawróćcie się. W sumie więc tytuł "Dom zły" jest zręczną grą słów na temat kondycji chrześcijaństwa w Polsce. Tyle, że w tym przypadku na słowa zdobyli się muzycy religijni, zorientowani by chrześcijaństwo głosić, a nie zwalczać.   

Dziewięciu opowieściom Malchusa towarzyszy dość spójna muzyka. Zdarza się, że kapela potrafi mocno przyłożyć, o czym dobrze świadczy thrashowy utwór "Wróg nr 1", gdzie szczególną uwagę zwracają pozbawione kompromisów serie riffów i partii perkusyjnych. W każdym razie całość albumu trzyma się charakterystycznego rdzenia w konwencji łączenia ze sobą melodii z ostrymi zagrywkami. Różny jest jednak balans w stosowaniu tych pomysłów. W utworze tytułowym daje się wyczuć charakterystyczną nośność kompozycji, dodatkowo zwieńczonej ładnymi klawiszami i niezłą solówką gitarową, co później zespół powtórzył w "Credo". Tymczasem numer "Otwarte oczy" zachęca interesującą "rosnącą" strukturą, która w kulminacyjnym fragmencie płyty osiąga wyraźną thrashową postać, aby w finale wejść w kokieteryjne stosunki z klawiszami i gitarami. To zresztą jeden z najciekawszych momentów krążka, uzasadniający fakt, że zespołowi przypisuje się tworzenie muzyki progresywnej. W podobnych odczuciach można rozpatrywać kompozycję "Z prochu".

Tymczasem bliżej metalowego rdzenia trzymają się utwory "Matka" i "Tripudium", które mogłyby w wiodących niemelodyjnych fragmentach równie dobrze sprawdzić się w warunkach polskiego metalu zlokalizowanego w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. To wszakże kompozycje niespecjalnie urozmaicone, ale za to pobrudzone, mówiące o rzeczach ważnych, wreszcie też pozostające w pamięci na długo po zakończeniu krążka. W zawartości albumu "Dom zły" nie brakuje też drobnych eksperymentów. Pod tym względem wyróżniają się kompozycje "77" o interesującym otwarciu i zaiste schizofrenicznym klimacie, a także "…Ale nas zbaw" jako przykład umiejętności muzyków Malchusa w tworzeniu niebanalnych struktur muzycznych. W kontekście eksperymentów można też rozpatrywać samo zwieńczenie albumu w ramach dyskusji klimatycznych klawiszy ze strunami utrzymanymi pod wysokim napięciem.

W podsumowaniu pozostaje mi więc tylko powtórzyć słowa ze wstępu, że "Dom zły" powinien zapewnić odpowiednie uznanie zespołowi Malchus. Krążek nie jest pozbawiony wad, szczególnie jeśli chodzi o jakość brzmienia, ale nie są one na tyle istotne, aby wpłynąć na przyjemność z odsłuchu. Czy więc chrześcijaństwo jest przygotowane na metal?  

Konrad Sebastian Morawski