Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / I am the Cosmos

I am the Cosmos - Chris Bell

I am the Cosmos

Wykonawca:

Chris Bell

Gatunek:

Rock

8 /10

Nareszcie! Ktoś w końcu postanowił przypomnieć temu światu, że ponad 35 lat temu miał przyjemność gościć na swoim łonie faceta, który nazywał się "Kosmosem".

"Chris Bell - tego muzyka nie trzeba przedstawiać żadnemu fanowi rocka". Chciałbym móc napisać te słowa, ale prawda jest zgoła inna. Pochodzący z miasta Elvisa Bell, z powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych, dla większości słuchaczy jest zupełnie obcy. A przecież miał wszystko, czego potrzeba do stworzenia nimbu świętości: grał w znanej kapeli, nagrał kapitalną solową płytę, wreszcie - zginął w wypadku samochodowym w przeklętym wieku 27 lat.

Być może ta mało romantyczna "forma" śmierci, a także brak wielkich ekscesów sprawiły, że po jego dzieła przez lata sięgali tylko wielcy fani muzyki z lat '70. Owszem, za czasów gry w Big Star Chris miał problemy z alkoholem i narkotykami, ale zamiast do destrukcji, pchnęły go w kierunku wiary. Tym większa szkoda, że za życia nie udało mu się wydać żadnej solowej płyty.

Ta, zatytułowana tak jak pierwszy singel, "I am the Cosmos", ukazała się ostatecznie w 1992 roku jako zbiór piosenek nagranych przez Bella w latach 1974-1976. Krążek zremasterowano w 2009 roku i wydano go z dołączoną drugą płytą, zawierającą niepublikowane nagrania artysty i jego kapel. I właśnie ta edycja, ponownie wznowiona w lutym 2015 r. nakładem Warner Music trafiła niedawno do moich rąk.

Bell jawi się tu jako artysta o wielu inspiracjach, swobodnie skaczący po stylach. Zawsze zadumany, bliski rockowi oraz power popowi, ale jak na tamte czasy - eklektyczny niczym (porównanie dość luźne) David Bowie. Do twarzy mu w nieco łzawych balladach pokroju "You and Your Sister" oraz "Though I Know She Lies", ale świetnie sprawdza się także w klimacie okołoglamowym - patrz "Get Away" czy "I Don't Know". Najbardziej porusza jednak spokojny, zamyślony, będący wyrazem jakichś głęboko skrywanych marzeń numer tytułowy "I am The Cosmos". Chris jest tu tyleż wolny, co samotny.

Drugi krążek zawiera dwa nagrania grup Icewater oraz jedno Rock City. W obu Bell występował po odejściu z Big Star. I choć słychać w nich ducha zespołowego grania, od pierwszego dźwięku nie można mieć wątpliwości, kto tu jest liderem i czyje inspiracje dominują. Pozostałe 12 kawałków to w większości odmiennie podane piosenki z podstawowego wydawnictwa: a to różni się mix uwypuklający inne pasma, a to pojawia się akustyczna wersja jednego z nich - "You and Your Sister". Najlepsza w tym zestawie jest instrumentalna miniatura "Clacton Rag". Chris gra tu z niesamowitą lekkością, a po strunach jego gitary spływają krople ciepłego deszczu. Prawdziwie magiczny moment.

Jeśli więc jeszcze nie znacie dokonań nieodżałowanego Amerykanina, a będziecie mieli okazję sięgnąć po "I am The Cosmos", nie wahajcie się ani chwili. Pamięć o nim musi przetrwać!

Jurek Gibadło