Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Infernum In Terra

Infernum In Terra - Betrayer

Infernum In Terra

Wykonawca:

Betrayer

Gatunek:

Death metal

6 /10

Wszystko wskazuje na to, że stara gwardia rodzimego death metalu przeżywa drugą młodość.

Świetne dwie ostatnie płyty Armagedon, stały wysoki poziom nagrań Vader, a teraz powrót do żywych Betrayer (po ponad dwudziestu latach) zapewne wywołuje euforię u niejednego fana ciężkich brzmień.

Dzięki kooperacji Mystic Production oraz Witching Hour światło dzienne ujrzał drugi album pochodzącego z Koszalina zespołu, nad którym muzycy pracowali od oficjalnego powrotu w 2013 roku. Rozpoczynający krążek "Evil Divine" momentalnie pokazuje, że panowie nie próżnowali, ponieważ o ile dalej mamy do czynienia z klasycznym death metalem z elementami thrashu, o tyle wyraźnie słychać, że muzycy osłuchani są z obecnymi nagraniami przedstawicieli gatunku.

Na płycie wszechobecne są gitarowe galopady oraz ultra szybkie blasty, których wypadkowa daje naprawdę potężne uderzenie. Przyznam szczerze, jeszcze przed odsłuchem obawiałem się oldschoolowego brzmienia, mogącego być w tym przypadku strzałem w stopę. Ku mojej uciesze swoje paluchy maczali przy produkcji wciąż będący na fali bracia Wiesławscy, którzy wyciągnęli z kompozycji to co najlepsze. Produkcja zrealizowana jest według obecnych standardów i nie straciła ducha nagrań, przez co nawet ortodoksi powinni przytupnąć nogą przy odsłuchiwaniu na przykład "Repent". I choć albumu słucha się dość - że tak to ujmę - przyjemnie, to trudno zapamiętać poszczególne kompozycje. Nawet singlowy "Beware" trzyma w napięciu najwyżej do połowy, pomimo tego, iż jego struktura zawiera wszystkie elementy uwielbiane przez fanów śmierć metalu.

"Infernum In Terra" jest przystępny, aczkolwiek mało wnoszący do samego gatunku. Muzyczna agresja wraz z świetną produkcją nie dały tym razem pożądanego efektu, pomimo że na pozór są gwarancją świetnego wydawnictwa. Może miałem zbyt wygórowane oczekiwania, jeżeli chodzi o powrót po ponad dwudziestoletniej absencji, ponieważ zwykle efektem takiej sytuacji są dość przyzwoite krążki. Niestety, od Betrayer wymagałem nieco więcej, co przekłada się na średnią ocenę płyty. Może w przypadku kolejnej będzie inaczej.

Marcin Czostek