Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Endless Forms Most Beautiful

Endless Forms Most Beautiful - Nightwish

Endless Forms Most Beautiful

Wykonawca:

Nightwish

7 /10

Nowa wokalistka, nowy rozdział w historii, ale czy nowa, zaskakująca muzyka? Znający twórczość Nightwish odpowiedzą sobie na to pytanie bez czytania niniejszej recenzji.

Zawsze przy okazji tekstu o zespole Nightwish wspominam, że to właśnie od fińskiej kapeli zaczęła się moja wielka przygoda z rockiem. Zespół Tuomasa Holopainena jakiś cudem trafił do mojej percepcji przed The Beatles i Led Zeppelin. Pamiętam, że kopara mi oparła, gdym dowiedział się, że można połączyć gitarowe granie z klawiszem, orkiestrą i operowym zaśpiewem.

Kilkanaście lat później, mimo że jestem w zupełnie innym miejscu muzycznych fascynacji i wiem, że Nightwish nie gra niczego szczególnego, mam do tej grupy sentyment. To jednak nie tylko zasługa "historycznych doświadczeń", lecz również dobrych melodii, do których lider i jego koledzy mają dar. Faktem jest jednak, że ciągle sięgają po te same środki, podobne pasaże, identyczne aranżacje, niezależnie od tego, na jakim stopniu kompozytorskiej dojrzałości się znajdują. Nie ukrywam, że przyjęcie do składu Troya Donockleya oraz wymiana na stanowisku wokalistki - z Anette Olzon na Floor Jansen - przyniesie jakieś novum w twórczości załogi. Nic z tych rzeczy: "Endless Forms Most Beautiful" to ciąg dalszy drogi, na którą Nightwish wszedł w okolicach "Century Child".

Mamy więc do czynienia z potężnym, symfonicznym graniem, podbitym charakterystyczną grą na gitarze Emppu Vuorinena, powermetalowym zacięciem Holopainena i głębokim głosem Marco Heitali. Słuchamy nieco pompatycznych, rozbudowanych kompozycji ozdobionych grą orkiestry, głosami chóru i dziecięcych aniołków. Jedynym wyróżnikiem ósmej studyjnej płyty Finów jest mocny wokal Floor Jansen - idealnej osoby na stanowisko frontmana Nightwish, która wreszcie nadaje drapieżności muzyce zespołu.

"Endless Forms Most Beautiful"
rozpoczyna się od mocnego uderzenia: dwóch najlepszych piosenek na płycie i kto wie, czy w ogóle nie najciekawszych w ostatnim 10-leciu. "Shudder Before The Beautiful" to radosna powermetalowa galopada, przypominająca nieco "Dark Chest of Wonders", okraszona wyśmienitym refrenem i solówkami Emmpu oraz Tuomasa, którzy toczą między sobą rywalizację o to, kto szybciej będzie przebierał paluszkami po swoim instrumencie. Drugi numer, "Weak Fantasy", cieszy tajemniczą, mroczną atmosferą, oryginalnym refrenem oraz akustyczną wstawką Marco Heitali.

Później już tak kolorowo nie ma. "Elan" to bezsprzecznie najsłabszy singel w dziejach Nightwish, mulący, trochę beznamiętny, z nijakim refrenem i równie przeciętnym teledyskiem. Jedyne, co mi się tu podoba, to rola Troya, który dmucha ile wlezie w swoje piszczałki. "Your Is An Empty Hope" to zaś typowe dla Vuorinena riffowanie, bliskie powiedzmy "Romanticide" (znów nawiązanie do "Once"!), w którym wyróżnia się tylko krzyk Floor - skądinąd Tuomas powinien częściej wykorzystywać tę umiejętność nowej wokalistki. Daleki jestem także od fascynacji filmową, instrumentalną miniaturą "The Eyes Of Sharbat Gula", która jak dla mnie jest zbyt pompatyczna i w jakimś sensie przegadana.

Pozostałe numery to dobra Nightwishowa średnia, niczym przesadnie się nie wyróżniająca, ale z pewnością celnie trafiająca w gusta fanów. Już wyobrażam sobie te płonące zapalniczki (tudzież ekrany smartfonów) podczas wykonywania "Our Decades In The Sun", albo pogo w trakcie rozpędzonego numeru tytułowego. Aha, chciałbym jeszcze wystawić plus za ostatnią na płycie suitę "The Greates Show On Earth" (blisko 24-minutową!). Wbrew obawom utwór nie nuży tak, jak choćby "Song of Myself" z poprzedniego krążka. Także dlatego, że podzielony został na kilka części, z których każda spokojnie mogłaby stanowić oddzielny kawałek.

Podsumowując: "Endless Forms Most Beautiful" to dobry krążek, który z pewnością zaspokoi mocno rozbudzony apetyt fanów Nightwish. Nieprzekonani do muzyki Finów natomiast pozostaną na swoim stanowisku, bowiem w tych 11 kawałkach nie ma niczego nowego, co mogłoby nimi wstrząsnąć.

Jurek Gibadło

Zdaniem Grzegorza "Chaina" Pindora

 

Ósmy album potęgi symfonicznego metalu przynosi nam dawkę dość zróżnicowanych dźwięków, miejscami zaskakująco przypominających dokonania z czasu "Once", a to zdecydowanie warto brać za dobrą monetę. Mimo iż brzmieniowo jest to raczej najsłabsze wydawnictwo z wydanych po odejściu Tarji, siła samych utworów, napędzanych intensywną grą sesyjnego - jak na razie - perkusisty, Kaia Hahto, znanego z epickiego Winterusun nadrabia mankamenty. Jeśli miałbym je już na początku wypunktować to primo: Marco Hietala powinien w studio walczyć o swoje, tak aby bas odgrywał w Nightwish większą rolę; secundo gitary (bo śladów jest pewnie z 16) powinny być bardziej wysunięte na przód, a co za tym idzie, głos Floor mógłby być z tyłu. O samej Holenderce za moment. Niezależnie od sprzętu, czy to monitory, czy słuchawki, "Endless Forms Most Beautiful" cierpi na brak mięcha.

Wspominałem o "Once", tamten album walił po pysku jak żaden w poprzedniej dekadzie, a mowa tutaj o gatunku heavy/power i pochodnych. Z biegiem lat grupa poszła w bardziej filmowe rejony, trochę zapominając o energii, jaka cechowała swoje poprzednie dokonania. Ósemka w ich dorobku zmienia ten stan rzeczy, ale mimo szczerych chęci nie powala ścianą dźwięku. Produkcja za przysłowiowy milion nie pomogła. Klarowność najnowszego dzieła Nightwish jest jego największą i być może jedyną prawdziwą wadą.

Czas pomówić o muzyce. Geniusz kompozytorski, jakim niewątpliwie jest Tuomas Holopainen nie zawiódł. Nightwish kiedy trzeba gra z piekielną werwą ("Weak Fantasy", "Shudder Before The Beautiful", "Endless Forms Most Beatiful"), innym razem tuli nasze skołatane serca długą i typową dla zespołu balladą "Our Decades In The Sun", a nawet uderza w popowe rejony - "Elan". To, co jednak najlepsze, dzieje się pomiędzy tym wszystkim, kiedy do głosu - w tym growli, dochodzi Marco Hietala a w tle towarzyszy mu nowy, szósty członek zespołu. Troy Donockley nie miał wielkiego wpływu na kształt kompozycji, a mniemam, że pewnie w studio po prostu zrobił swoje - ale jak dobrze! Przez pewien czas obawiałem się obecności Brytyjczyka na pokładzie, zwłaszcza, że piszczałki, flety i tym podobne nijak pasują do takiego zespołu jak Nightwish, a jednak, udało się. Co więcej, okazyjnie skręcanie w folkową stronę to coś, czego mam nadzieję Finowie będą się trzymać. Mieli już wybryki w cyrkowym klimacie, zwiedzali rejony dalekiego wschodu, lecz dopiero w momencie gdy smyki i klawisz odchodzą na bok dzieje się najlepiej.

Na koniec o dwóch największych niespodziankach. Tym razem nie chodzi o solówki, choć te rzeczywiście robią wrażenie (patrz: "Edema Ruh"), a o Floor i wieńczące album "The Greatest Show On Earth". Jeśli chodzi o nowy głos Nightwish, nagrania z koncertów pozwalały wierzyć w trafność tej decyzji. Ani panie z In This Moment i The Agonist, ani żadna inna wokalistka na świecie nie pasuje do tego zespołu bardziej niż Floor Jansen. Wokalizy wielbionej na całym świecie rudej diablicy są pomostem pomiędzy subtelnym, anielskim głosem Annette Olzon, a operową potęgą Tarji. Floor stając pomiędzy nimi dowodzi swojego profesjonalizmu i niewątpliwie, niewyczerpanego talentu. Mało tego, Holenderka pokazuje rockowy pazur, którego brakowało jednej jak i drugiej pani, często popadającej w skrajności. Nie wierzycie? Posłuchajcie cholernie nośnego "Alpenglow", a usłyszycie to, o czym piszę. We Floor tkwi moc, energia i żywioł, którego brakowało Nightwish. Nie twierdzę, że nagle stała się moją oblubienica, ale coś jest na rzeczy. Tuomas Holopainen nie mógł się mylić.

Na koniec o trwającej dwadzieścia cztery minuty podróży po świecie Nightwish. Kiedy pierwszy raz odpaliłem krążek wydawało mi się, że to pomyłka. Okazało się, że jest to jedna z najlepszych rzeczy jakie kiedykolwiek wyszły spod palców lidera zespołu, a zarazem stanowiąca osobną historię, którą mam nadzieję, uda się pokazać na koncertach. Możliwości jakie daje "The Greatest Show on Earth", zwłaszcza w materii wizualizacji, a nawet prowadzenia na scenę teatralnych elementów są niemal nieograniczone. Ponadto, jak to bywało choćby na "Dark Passion Play", ten kolos, suita, został podzielony na części, które jednak bez siebie raczej nie współgrają. Aby wsiąknąć w magiczny świat zrodzony w głowie Holopainena trzeba nie lada skupienia i wytrwałości. Stricte metalowe fragmenty, napędzane energiczną grą Hahto, który w przeciwieństwie do obecnie leczącego się z bezsenności Jukki Nevalainena nie boi się podwójnej stopy, a i bardziej thrashowe rytmy, mieszane z plemiennymi zagrywkami nie sprawiają mu trudności. Jeśli miałbym wskazać głównego sprawcę podniosłej atmosfery, która jest nieodłączną częścią "Endless Forms Most Beautiful" to wskazuję na perkusistę Wintersun.

A podsumowując? Ósmy album Nightwish to znaczący i dość eksperymentalny krok dla rozwoju grupy. Poruszanie się po sprawdzonych epickich rejonach już im nie wystarcza. I bardzo dobrze. Mają przed sobą wspaniały czas, który najlepiej spożytkują na koncertach. Tych oby jak najwięcej, a przede wszystkim, byle trafił się jeden w Polsce.

Grzegorz "Chain" Pindor