Kup Magazyn Gitarzysta

Kintsugi - Death Cab For Cutie

Kintsugi

Wykonawca:

Death Cab For Cutie

8 /10

Po 15 latach chłodnych relacji z Death Cab For Cutie w końcu trafiłem na album, który porwał mnie od pierwszego odsłuchu.

Nigdy nie pałałem wielką miłością do zespołu Bena Gibbarda - bez jakiejś konkretnej przyczyny. Ot, po prostu jego twórczość nie poruszała żadnej struny w mojej duszy, mimo tylu pochwalnych psalmów, których nasłuchałem się z ust (i liter) kolegów po fachu przez wszystkie lata interesowania się muzyką. Ot, dla przyzwoitości sięgałem po kolejne wydawnictwa Amerykanów, ale po jednym odsłuchu grzecznie odkładałem je na półce.

W przypadku "Kintsugi" jest inaczej, co dziwi mnie tym bardziej, że krążek nie zbiera Bóg wie jak dobrych opinii. Dotychczasowi fani uznają go raczej za przeciętny, który niczym nie zaskakuje. No okej, jakichś wielce oryginalnych dźwięków i brzmień tu nie odnajdziecie. Gibbard nie piśnie wam ani jednego odkrywczego słówka, a koledzy nie rzucą o glebę akordem z kosmosu.

Jednak nowy album Death Cab For Cutie wyróżnia się niezwykłym, smutnym klimatem. Słuchając "Kintsugi" mam wrażenie, jakbym obcował z płytą Oasis, którą ktoś kazał skomponować The National. Od tych pierwszych Amerykanie biorą niezwykłą przebojowość (posłuchajcie refrenu "Little Wanderer" - nie ma opcji, by go zapomnieć!), od tych drugich dojmującą, piękną melancholię - vide zniewalająco piękne otwarcie "No Room In Frame".

Powodzenie ósmego krążka DCFC zawdzięcza znanym, już nie raz używanym środkom. Zawieszonemu głosowi Gibbarda, oszczędnie szarpanej gitarze, przemielonej przez efekty nadające jej przestrzeni, bardzo subtelnej grze sekcji rytmicznej oraz tu i ówdzie pojawiającym się motywom klawiszowym. W te aranże zostały jednak ubrane nad wyraz zgrabne melodie, które poruszają duszę i zostają na dłużej w głowie. Do wymienionych wcześniej dorzucę jeszcze "You've Haunted Me All My Life", czy singlowe, syntetyczne "Everything's A Ceiling".

Pewnie nigdy nie stanę się wiernym wyznawcą Death Cab For Cutie, ale jeśli moje niespłodzone jeszcze pacholęta zapytają mnie kiedyś, po którą płytę ekipy sięgnąć, bez cienia wątpliwości wskażę "Kintsugi".

Jurek Gibadło