Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / La Muerte

La Muerte - Gorefest

La Muerte

Wykonawca:

Gorefest

Gatunek:

Death metal

6 /10

Ostatnim wznowieniem z katalogu Gorefest, które ukazało się nakładem Metal Mind jest powrotny album "La Muerte" z 2005 roku.

Wspomniałem już w recenzji podwójnego wydawnictwa "Soul Survivor + Chapter 13", że po premierze pierwszego z tych krążków Gorefest, nękany wewnętrznymi konfliktami, funkcjonował już tylko siłą rozpędu. Wspiął się jeszcze na wyżyny swych możliwości, wydając w 1998 roku niedoceniany "Chapter 13", po czym szybko zakończył działalność. Nic dziwnego, do dziś pamiętam ich rozczarowujący, fatalny wręcz występ na Metalmanii w tym samym roku, podczas którego niemrawi Holendrzy wyglądali tak żałośnie, jakby grali za karę. Było wówczas jasne, że zespół jest skończony i na potwierdzenie tych przypuszczeń nie trzeba było długo czekać. Gorefest zszedł więc ze sceny, wydawałoby się na zawsze. Okazało się jednak, że zew death metalu jest silniejszy, a panowie znów dają radę na siebie patrzeć, a co więcej - razem tworzyć. Tym sposobem, w 2005 roku światło dzienne ujrzał album "La Muerte", wydany nakładem pierwotnej wytwórni kapeli, Nuclear Blast.

Określenie zew death metalu nie jest tu przypadkowe, bowiem Holendrzy odcięli się - pewnie wskutek wewnątrz zespołowego kompromisu - od eksploatowanych na dwóch wcześniejszych albumach rockowych elementów i powrócili może niekoniecznie do korzeni, ale z grubsza w okolice klimatu z "Erase", który dziesięć lat wcześniej przyniósł im największą popularność. Powrotne albumy bywają trudne - zarówno dla twórców, jak i dla słuchaczy - i często, niestety, okazują się niepotrzebne. W tym gronie prawdziwe perełki - takie jak choćby wydany rok później "Monotheist" Celtic Frost, który dosłownie zatrząsł metalową sceną - pojawiają się bardzo rzadko. Jednak w zalewie słabiutkich i bardzo słabiutkich wydawnictw-reunionów nie ma wcale zbyt wielu solidnych średniaków. A do takiej kategorii zaliczyłbym właśnie "La Muerte".

Ta płyta mogłaby i wręcz powinna być lepsza, biorąc pod uwagę potencjał muzyków, najwyraźniej jednak nie wszystko zagrało jak trzeba. Z pewnością nie było najlepszym pomysłem pakowanie na krążek aż 12 utworów zamykających się w 65 minutach. Tak długie albumy muszą słuchacza przyciągać klimatem albo chociaż zaskakiwać, a Gorefest nie zaskakuje na tym materiale niczym. Kawałki utrzymane są w podobnym tempie i mają podobną konstrukcję, zarówno na przestrzeni całego materiału, jak i w porównaniu ze środkowym okresem twórczości. Boudewijn Bonebakker jak zwykle czaruje solówkami, choć nie tak wyrazistymi jak wcześniej, a Jan-Chris de Koeijer udowadnia, że nie stracił nawet ułamka mocy swego imponującego wokalu. Mimo to całość, poza kilkoma fragmentami, nie porywa i utrzymuje się na solidnym, ale jednak bardzo średnim poziomie.

Po udanym, otwierającym album "For the Masses" utwory szybko zaczynają zlewać się w jedną całość. W gronie grubo ciosanych i zbyt ociężałych, utrzymanych w średnich tempach i opartych na tych samych riffach kompozycji, brak jakiegoś punktu zaczepienia. Zwłaszcza, jeśli słuchacz pragnie zmierzyć się z całością za jednym podejściem. Sytuacji nie ratuje nawet najszybszy i najmocniejszy w stawce "Man to Fall", z potężnym zwolnieniem i zgrabnym solo, czy garść przyjemnych galopad i ciekawszych rozwiązań w pozostałych kawałkach.          

"La Muerte" nie jest niestety krążkiem, do którego często pragnie się wracać, trudno jednak mówić o kiepskiej robocie, tym bardziej, że kolejny po reaktywacji album "Rise to Ruin" z 2007 roku okazał się już znacznie lepszy i w większym stopniu uzasadniał sens powrotu Gorefest na scenę. Cóż z tego, skoro Holendrzy chyba wciąż nie do końca potrafili się dogadać i ponownie zakończyli działalność, tym razem ostatecznie. "La Muerte", za sprawą swego powrotnego charakteru pełni zatem ważną funkcję w katalogu zespołu, choć niekoniecznie ze względu na wartość muzyczną.

Szymon Kubicki