Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Loin des hommes

Loin des hommes - Nick Cave & Warren Ellis

Loin des hommes

Wykonawca:

Nick Cave & Warren Ellis

Gatunek:

Soundtrack

9 /10

Panowie Nick Cave i Warren Ellis po kilku latach wracają z kolejnym wspólnym soundtrackiem, tym razem do francuskiego filmu "Loin des hommes".

Film "Loin des hommes", po angielsku "Far From Men", a w wersji polskiej... no cóż, "Ze mną nie zginiesz", oparty jest na opowiadaniu Alberta Camusa "Gość", a jego akcja dzieje się podczas algierskiej wojny o niepodległość. Obraz, w którym główną rolę gra Viggo Mortensen (ten sam, który wystąpił w "The Road" - poprzednim filmie upiększonym dźwiękowo przez Cave'a i Ellisa), miał światową premierę w ubiegłym roku, zdobył nagrody na festiwalu w Wenecji, a na ekrany polskich kin trafi po wakacjach, z rocznym poślizgiem. Wcześniej jednak miłośnicy soundtracków, a zwłaszcza fani duetu z Bad Seeds i Grindermana będą mogli zapoznać się ze ścieżką dźwiękową do "Loin des hommes". Zdecydowanie warto, choćby dlatego, że to muzyka nieco odmienna od filmowych melodii, do których przyzwyczaiła nas kompozytorska spółka.

Nie ukrywam, że z mojego punktu widzenia twórczość Cave'a i Ellisa układa się w kształt zgrabnej paraboli z "The Proposition" w roli dobrej, choć nieco nużącej rozgrzewki, absolutnie genialnym "The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford" jako maksimum wykresu i "The Road" czyli momentu pewnego wyciszenia, nie dorównującego poprzedniemu materiałowi. Tamte albumy łączył nie tylko wysoki poziom, ale i pewna nić przewodnia, wynikająca z charakterystycznego stylu duetu, która nie jest jednak już aż tak wyraźna na "Loin des hommes". Wprawdzie film ten opisywany jest jako western, rozgrywający się tylko w innej niż zazwyczaj scenerii (zresztą punkt wyjścia opowieści Camusa przywodzi na myśl fabułę klasycznego "3:10 to Yuma"), a w tej konwencji Cave i Ellis czują się znakomicie. Tym razem nie należy jednak spodziewać się utworów opartych, jak wcześniej, przede wszystkim na przeszywających dźwiękach skrzypiec i płaczącym pianinie.

Oczywiście, Cave, jak na nieuleczalnego ponuraka przystało, nie dostrzega zbyt wielu promieni słońca, więc muzyka na "Loin des hommes" wciąż na wskroś przesiąknięta jest przenikliwym, ale jakże pięknym smutkiem i poruszającą każdą strunę w sercu melancholią. Na tym polu nic się nie zmieniło, a miłośnicy nieustannego dołowania się ponownie dostali idealny wręcz podkład pod swoje samobójcze myśli. Jednak tym razem duet poszedł jeszcze dalej w kierunku minimalizmu i bliskich ambientowi ascetycznych dźwiękowych plam. Znane, wisielcze skrzypce oraz pianino są oczywiście obecne, układając się w firmowe melodie spółki C&E, jednak zdecydowanie nie dominują, a mają tylko za zadanie od czasu do czasu podkreślać pewne tematy. Efekt jest znakomity.

Dzięki częściowemu oderwaniu się od schematu, nieważne jak bardzo udanego, Cave'owi i Ellisowi udało się bowiem dokonać czegoś świeżego. Zaproponowali soundtrack najbardziej ze wszystkich wyciszony, wręcz medytacyjny. Utwory ponownie snują się niespiesznie, ale całość ma przy tym wręcz hipnotyczną siłę przyciągania, dokładnie taką, jaka cechuje najlepsze albumy z minimalistycznym ambientem. Zwróćcie uwagę na przykład na "Bloody Cheche", "Dead Horse" czy "Bandits". Niby nie dzieje się w nich wiele, ale za to jak wciągają. Świetną, choć niewielką rolę odegrał też głos w otwierającym płytę "Far From Men" oraz rewelacyjnym "The March", który dzięki specyficznej śpiewności i użytemu językowi dodaje całości rytualnego pierwiastka.

Być może wiosenno-letnia data premiery "Loin des hommes" nie jest najlepszym pomysłem. Może trzeba mieć nie po kolei w w głowie, by zanurzać się w posępny świat zbudowany przez Nicka Cave'a i Warrena Ellisa, kiedy za oknem słońce i wiosna w pełnym rozkwicie. Nic jednak na to nie poradzę i myślę, że inne ponuraki, które przesłuchają ten soundtrack, w pełni mnie zrozumieją.

Szymon Kubicki