Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live at the Opera

Live at the Opera - Satyricon

Live at the Opera

Wykonawca:

Satyricon

Gatunek:

Black metal

8 /10

Nie jest tajemnicą, że szlachetnie wyfrakowany, rozsiewający dyskretny zapach kulek na mole świat muzyki klasycznej działa jak magnes na wiele metalowych kapel.

Z dziedzictwa muzyki klasycznej czerpały już dziesiątki rockowych, a później metalowych kapel. Czyniły to w mniej lub bardziej udanym stylu i na wiele różnych sposobów, czy to wprost adaptując na własny użytek fragmenty, a nawet całe klasyczne kompozycje, czy też wykorzystując charakterystyczne dla gatunku aranże, orkiestracje czy partie chórów. To temat rzeka, którego nie ma sensu tu rozwijać, wystarczy tylko wspomnieć, że swój całkiem konkretny wkład do tematu "klasyka spotyka metal" wniósł także i black metal. Gdy Samael przeszło 20 lat temu niezwykle umiejętnie, na albumie "Ceremony of Opposites", wplatał sample z Musorgskiego, kapele, które później aż do przesytu rozdmuchały 'symfoniczny' nurt gatunku dopiero raczkowały. Przy czym takie zespoły, jak Cradle of Filth, który zaliczył epizod z Budapesztańską Orkiestrą Filmową, czy Dimmu Borgir, który na ten rok zapowiedział premierę DVD z koncertu zarejestrowanego cztery lata temu z Orkiestrą Radia Norweskiego śmiało przekraczają granicę niestrawnego patosu, tworząc w tej chwili dźwięki przeznaczone tylko dla najbardziej zagorzałych fanów.  

Również Satyr, zwłaszcza we wcześniejszym okresie twórczości swojego zespołu, nie odżegnywał się od klasycznych inspiracji, czego najbardziej oczywistym dowodem jest fragment z Prokofjewa w "Mother North". Ten sam hymnowy utwór, nagrany na żywo z udziałem orkiestry, można znaleźć zresztą na EPce "My Skin is Cold". Wydawałoby się więc, że ewentualne, pełne rozwinięcie tego pomysłu w wykonaniu Satyricon znajdzie odzwierciedlenie właśnie w koncercie czy płycie zrealizowanej z udziałem orkiestry symfonicznej. Tymczasem kapela zdecydowała się na inny i chyba bardziej trafny krok, czyli wspólny występ z przeszło 50-osobowym chórem Norweskiej Orkiestry Narodowej. Koncert odbył się we wrześniu 2013 roku w gmachu Opery Narodowej w Oslo i niedawno trafił do sklepów w postaci DVD wzbogaconego o płyty audio.

Etap studyjnej twórczości Satyricon, rozpoczęty albumem "Volcano" cechuje się swoistą monumentalnością, osiągniętą jednak tylko dzięki tradycyjnemu instrumentarium. W prostych i chwytliwych strukturach utworów Norwegów można znaleźć sporo przestrzeni, którą - z pomocą utalentowanego aranżera - można umiejętnie wypełnić. Muszę przyznać, że wbrew początkowym obawom "Live at the Opera" stanowi dowód na to, że sztuka implementacji partii chóru do kompozycji Satyricon udała się lepiej niż można było przypuszczać. Słuchacz ani przez chwilę nie ma poczucia przesytu, a chór pełni rolę interesującego tła, które jedynie sporadycznie wychodzi na pierwszy muzyczny plan, dobrze podkreślając wspomniany już monumentalizm muzyki Norwegów. Karty wciąż rozdają tu Satyr i Frost z kolegami, którzy zdecydowanie nie dali się zdeprymować obecnością za plecami ponad 50 dostojnych osób, dzierżących w dłoniach partytury.

Widz czy słuchacz ma wrażenie autentycznego udziału w (prawie) normalnym metalowym koncercie, a takie strzały jak "Now, Diabolical", "The Pentagram Burns" czy zagrany na zakończenie "K.I.N.G" nie tracą nic ze swej mocy i bujającej chwytliwości. Inną sprawą jest, że nawet chór nie zdołał tchnąć życia w niemrawe kompozycje pochodzące z ostatniej studyjnej płyty "Satyricon". Nie będę jednak ponownie pastwił się nad nimi, ograniczę się tylko do stwierdzenia, że za stworzenie "Phoenix" - wykonanego tu, tak jak na płycie studyjnej, z udziałem Siverta Høyema - Satyr powinien zostać skazany na karę bezwzględnego noszenia przez co najmniej 5 lat keysów za Dimmu Borgir.

Niezależnie od kilku drobnych uwag, "Live at the Opera" to bardzo udane wydawnictwo, na którym dobrze udało się wyważyć proporcje ‘nowego’ do ‘starego’ (choć trochę szkoda, że "Mother North" to najstarszy utwór w zestawie, pominięto też całkowicie album "Rebel Extravaganza"). Wrażenie to podtrzymuje również normalny wystrój sceny oraz brak fajerwerków i wodotrysków, bowiem jedynym nietypowym elementem są ruchome platformy, na których na początku koncertu "spod ziemi" wyłaniają się Satyr oraz perkusyjny zestaw Frosta. A to przecież żadna ekstrawagancja nawet dla zagorzałych miłośników opery. Niezłą próbką przearanżowanych utworów Satyricon jest promujący album "Die by My Hand", który doskonale pokazuje, czego można spodziewać się po "Live at the Opera". Warto sprawdzić. Polecam!

Szymon Kubicki