Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Sol Invictus

Sol Invictus - Faith No More

Sol Invictus

Wykonawca:

Faith No More

8 /10

Nowa płyta Faith No More jest jak wehikuł czasu. Brzmi jakby od wydania poprzedniczki - "Album of the Year" minęły dwa, a nie osiemnaście lat. Ale najlepsze jest to, że jednocześnie za cholerę "Sol Invictus" nie można nazwać archaicznym albumem.

Taka sztuka mogła się udać tylko zespołowi, którego nie da się pomylić z żadnym innym. Faith No More, po prawie dwóch dekadach wróciło ze świetnym materiałem, nawiązującym do ich najlepszych albumów. Nie jestem typowym fanem grupy z Kalifornii, wcale nie uważam "Angel Dust" za ich najważniejsze dokonanie. Zawsze najbardziej ceniłem "The Real Thing", za sprawą którego wypłynęli na szerokie wody i mroczny, eklektyczny "King for a Day, Fool for the Lifetime". Wyraźne echa tych dwóch płyt można wychwycić na "Sol Invictus".

Nowy krążek Faith No More trwa niecałe 40 minut, ale tak po prawdzie to mógłby być jeszcze krótszy. Płyta spokojnie obyłaby się bez otwierającego, całkowicie nijakiego, w porównaniu z resztą materiału, kawałka tytułowego. Słabiutko wypadła także zamykająca album post-grunge’owa ballada "From the Dead".

Pozostałe osiem kompozycji to jednak klasa sama w sobie. Pierwszy z singli, potężnie brzmiący "Superhero" to ukłon w stronę fanów pierwszego okresu działalności grupy z przełomu lat '80 i '90. Kapitalna perkusyjna galopada Mike’a Bordina, wściekły wokal Mike’a Pattona i wspaniałe klawisze Roddy’ego Bottuma w refrenie. Krótko mówiąc wszystko, czym Faith No More zapisało się złotymi zgłoskami w historii ciężkiego, alternatywnego grania. Dalej mamy najlepsze, moim zdaniem, na płycie "Sunny Side Up". Znakomita melodia, z pięknym instrumentalnym momentem, gdy Jon Hudson odpala "kaczkę" w swojej gitarze. "Separation Anxiety" to przede wszystkim popis Pattona, który najpierw obłąkańczo melorecytuje przechodząc w falset, a potem do swojej naturalnej barwy, kończąc to wszystko charakterystycznym wrzaskiem.

"Cone of Shame" to zdecydowanie Faith No More z drugiej połowy lat '90 z kapitalną ścianą dźwięku w refrenie. Poboczną działalność Pattona słychać najbardziej w "metalowym tango", jakim jest "Rise of the Fall". Kawałek spokojnie mógłby się pojawić na "The Director’s Cut" Fantômasa. Sporym zaskoczeniem jest "Black Friday" napędzany tanecznym wręcz beatem perkusji i gitary akustycznej brzmi z początku jak jakiś wakacyjny indie-rockowy hit. Przebojowość jednak zostaje fajnie przełamana metalowym uderzeniem w refrenie. Dalej mamy pierwszy utwór z "Sol Invictus", jaki Faith No More zaprezentowali światu, czyli singlowy "Motherfucker". Prościutka kompozycja zbudowana na marszowym werblu jakoś nie pasuje w tym miejscu płyty. Refren jest jednak niesamowicie chwytliwy i świetnie nadawał by się na otwieracz albumu. Kapitalnymi plemiennymi bębnami i linią basu zachwyca z kolei najbardziej rozbudowany na płycie "Matador".

Powrót Faith No More po 18 latach był pomysłem szalenie ryzykownym. Udało się jednak ze znakomitym skutkiem, grupa z Kalifornii ma bowiem to, czego nie ma przytłaczająca większość współczesnych metalowych kapel - styl, który da się wyczuć po kilkudziesięciu sekundach każdej piosenki. Co najważniejsze, nawet po prawie dwóch dekadach, dzięki odpowiedniej produkcji, brzmi on zaskakująco świeżo.

Maciej Pietrzak