Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Life Plays No Encores

Life Plays No Encores - Hipgnosis

Life Plays No Encores

Wykonawca:

Hipgnosis

Gatunek:

Space rock

7 /10

Jeśli przy okazji oceny muzyki zgadzamy się na retorykę sportową czy współzawodniczą, to krakowski Hipgnosis nie jest zespołem z pierwszej ligi. Nawet jeśli chodzi o swój gatunek - a w tym przypadku rozchodzi się o szeroko pojętą muzykę progresywną, art-rockową i space rockową - ba! Nawet jeśli chodzi o rodzimą scenę.

Oczywiście hipoteza ta może być w sposób łatwy obalona, bo i opiera się głównie na popularności, a ta, biorąc pod uwagę jedenasty już rok istnienia grupy, jest dość skromna, nawet jak na progresywne standardy, gatunek niezbyt przecież oblegany przez tłumy słuchaczy z racji kunsztowności muzyki, będącej najzwyczajniej niełatwą w odbiorze. Oczywiście Hipgnosis mają już reputację zespołu przynajmniej ponadprzeciętnego, bo jeśli brać pod uwagę poziom muzyczny grupy, to jest on momentami wybitny - tu na pierwszą ligę zasługują bez wątpienia. Tyle że o Hipgnosis wiedzą nieliczni, bo pochlebstwa na temat kapeli rozchodzą się raczej w dość hermetycznym kręgu największych pasjonatów, pośród których jest wielu znanych propagatorów progresji w Polsce oraz dziennikarzy zajmujących się akurat tą częścią branży.

Czasami wydaje się nawet, że Hipgnosis grają właśnie dla tej niewielkiej, zamkniętej grupki miłośników. Jest tam ciasno i duszno, jak na recitalu poety-symbolisty, na który zaproszono tylko znajomych rzeczonego poety i nikt z zewnątrz nie ma prawa wstępu. Wizja może nieco przesadzona, ale prawdą jest, że Hipgnosis nie zabiegają o publiczność - oczywiście muzycy często wygłaszają takie frazesy, no bo jak inaczej odpowiedzieć sobie na pytanie: "Dlaczego ludzie nie chcą nas słuchać?". W obozie Hipgnosis zabrakło chyba pomysłu na promocję i jakby pogodzono się, że może jest nas niewielu, ale wiernych. Podejście zrozumiałe tylko połowicznie, bo z jednej strony nie od dziś wiadomo, że koncertowa frekwencja w Polsce jest tragicznie niska (rodacy zapragnęli być światowcami, ale zapomnieli, że kultura to rzecz podstawowa); z drugiej, jest przecież bardziej otwarta na różnorakie muzyczne horyzonty Europa (do Niemiec rzut beretem, do Holandii autostrada), a Hipgnosis grają muzykę bez wątpienia na światowym poziomie. Skoro tu nas nie chcą, spróbujmy gdzie indziej. Nieraz polski zespół wpierw musiał zrobić karierę poza granicami kraju, by tubylcy zechcieli łaskawie się zainteresować.

Myślę, że z poczucia właśnie tej wierności fanów powstał album "Life Plays No Encores", będący dla nich prezentem od zespołu i to podarunkiem iście epickim, bo zawierającym trzy płyty CD (żadna z nich nie jest krótsza niż godzina) i jedną DVD (zwiera dwa koncerty). Są to blaszeczki opatrzone hasłem "oficjalne bootlegi", więc jakość nagrania niekoniecznie musi powalać, ale to wciąż imponujący box za doprawdy groszową cenę. Ktoś może się zdziwić jakim cudem zespół, który ma na koncie zaledwie dwa albumy studyjne jest w stanie oddać w ręce słuchacza cztery bootlegowe płyty wypchane muzyką? Fakt, repertuar się powtarza, bo na każdym krążku jest ten gigantyczny, niespełna dwudziestominutowy "Cold"; na każdym jest "Mantra" i "The Garden". Siłą rzeczy utwory się powielają, ale w przypadku Hipgnosis nie jest to powtórka z rozrywki, bo zespół słynie z luźnego podejścia do kompozycji - więc niby wszędzie "Cold" z fantastycznego albumu "Relusion", ale na każdej płytce brzmi on inaczej (wykonanie z "Yoko Kulo" jest najbardziej brawurowe, bo przerobione na modłę metalową, z potężnym growlem), "Mantra" "Mantrze" nierówna, a i każdy bajeczny "The Garden" jakby spod ręki innego ogrodnika.

Jeśli idzie o samo brzmienie, to bywa różnie. Najlepiej prezentuje się krążek pierwszy "Adam's Psychedelic Breakfast" zarejestrowany w Radiu PiK oraz koncert DVD z Radia Kraków z 2011 roku. Najsłabiej drugi krążek "Yoko Kulo" (nad czym bardzo ubolewam, bo wykonania utworów są tam najprzedniejsze, choć wyraźnie zawiódł odsłuch, bo jakkolwiek Hipgnosis ma wokalistkę o głosie wspaniałym i pięknym, to tu niestety nie trafia w dźwięki), a średnio trzeci "...and There Were Three For a Moment, Kul'em All". Drugi koncert z DVD "Tangerine Klaus" to z kolei występ z festiwalu w Loreley w 2008 roku, nakręcony przez kierowcę grupy, również bez fajerwerków brzmieniowych. Gwoli doinformowania, DVD z Radia Kraków jest najlepiej technicznie zrealizowaną częścią "Life Plays No Encores" i spokojnie mogłoby hulać jako oficjalne DVD.

O samej stylistyce w jakiej obraca się Hipgnosis nie ma chyba sensu rozprawiać, bo "Life Plays No Encores" to wydawnictwo skrajnie fanowskie, a ci, jeśli tylko przymkną oko na niedostatki brzmieniowe (o czym zespół przecież ich informował wydając płytę "official bootlegs"), dostają do rąk rzecz pierwszorzędną. Kawał fantastycznej, dojrzałej muzyki skąpanej w wielu gatunkach, bo jest tu trochę progresji, deko pinkfloydowego art rocka, całkiem spora ilość space rocka, a do tego jeszcze krautrock i elektronika spod znaku Klausa Schulza i Tangerine Dream. Na dodatek, mimo powtarzalności setlisty, wykonania z poszczególnych koncertów różnią się diametralnie, więc grupa raczej po kompozycji sobie luźno spaceruje, nie trzyma się zaś raz przyjętego schematu - to również świadczy o wizji i filozofii muzyki Hipgnosis.

Mnie ten prezent od zespołu satysfakcjonuje, ale to i dlatego, że zawsze za grupę mocno ściskam kciuki - nikt inny w Polsce nie gra takiej muzyki w tak znakomitym stylu. Każdy fan będzie z "Life Plays No Encores" zadowolony, to nie podlega najmniejszej dyskusji. Nowi słuchacze powinni jednak zacząć wdrażać się w space rockowy świat z płyt Hipgnosis od "Relusion", później ruszyć po "Sky is the Limit" i "Still Ummadelling - Live", a dopiero wtedy sięgnąć po omawiany box - o ile jeszcze będzie w sprzedaży, bo to rzecz limitowana, więc kolekcjonerzy unikatów powinni szybko się nim zainteresować. "Life Plays No Encores" jest więc wydawnictwem wartym poznania, ale tylko dla fanów.

Grzegorz Bryk