Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Muddy Wolf At Red Rocks

Muddy Wolf At Red Rocks - Joe Bonamassa

Muddy Wolf At Red Rocks

Wykonawca:

Joe Bonamassa

Gatunek:

Blues

10 /10

Każda recenzja powinna zaczynać się od wstępu. W tej części tekstu pojawiają się zazwyczaj jakieś informacje ogólne dotyczące biografii wykonawcy, nawiązania do poprzednich płyt, artystycznych dokonań, sukcesów, porażek itp.

W przypadku recenzji wydawnictw firmowanych nazwiskiem Joe Bonamassy autorzy nie szczędzą uwag o jego niespotykanej aktywności wydawniczej. Często ironicznie, czasem dowcipnie a czasem z uznaniem i podziwem. Ja daruję sobie i wstęp i uwagi o płytowej płodności Bonamassy. Tytuł wydawnictwa w zasadzie wszystko wyjaśnia. W widowiskowo położonym amfiteatrze Red Rocks (znany choćby ze słynnego teledysku "Sunday Bloody Sunday" U2), Joe Bonamassa z zespołem zagrał koncert poświęcony pamięci ikon bluesowego świata - Muddy Watersa i Howlin' Wolfa. Wydarzenie przyciągnęło dziewięciotysięczną widownię, co stanowi osobisty rekord Bonamassy - jeszcze nigdy tylu widzów nie zgromadził jego pojedynczy występ.

Koncert rozpoczyna się od odtworzenia archiwalnego nagrania występu Muddy Watersa z Newport Jazz Festiwal z 1960 roku. Na ekranie czarno-biały film - Muddy ubrany na czarno dzierży w dłoniach jasnego Telecastera, reszta zespołu w białych marynarkach. Grają "Tiger In Your Tank". Po kilkudziesięciu sekundach Joe Bonamassa i jego zespół płynnie przejmują wykonanie tego utworu. I co widzimy - Joe ubrany na czarno dzierży w dłoniach jasnego Telecastera a reszta muzyków ubrana jest w białe marynarki. Współczesny obraz przez jakiś czas pozostaje czarno-biały, by po chwili nabrać pełni kolorów. Za pomocą niezbyt wyszukanych środków techniki video dokonuje się skok o ponad pół wieku. Prosty, ale bardzo spektakularny zabieg, a przy okazji sympatyczne nawiązanie do przeszłości.

Brzmienie zespołu Muddy Watersa jest dla mnie kwintesencją elektrycznego bluesa, swoistym świętym Graalem, wzorcem chicagowskiego grania, jaki powinien być przechowywany w Sevres pod Paryżem tuż obok wzorca metra. Joe w żadnym razie nie próbuje naśladować Mistrza (a pewnie dałby radę gdyby tylko chciał). I nie mam do niego o to pretensji, a wręcz przeciwnie - doceniam jego indywidualność, jego osobiste spojrzenie na spuściznę Mistrza. Zresztą tak rozbudowany aparat wykonawczy niejako narzuca bogatsze aranże. Joe Bonamassę na scenie wspiera sekcja rytmiczna (Anton Fig - perkusja, Michael Rhodes - bas), trzyosobowa sekcja dęta, harmonijka (Mike Henderson), instrumenty klawiszowe (Reese Wynans) i druga gitara (Kirk Fletcher).

Bonamassa zebrał wokół siebie fantastycznych muzyków, doskonale czujących klimat, potrafiących zapanować nad dynamiką i nastrojem. Była to - jak napisał Joe w książeczce dołączonej do płyty - bluesowa noc upamiętniająca muzykę dwóch mistrzów, grana przez mistrzów i jednego "bluesowego dzieciaka" w okularach przeciwsłonecznych. Bonamassa nie jest samolubem, jak to mu niektórzy imputują, i wręcza zachęca swoich kolegów do grania solówek. Miło patrzeć na uśmiechnięte oblicze weterana Reese Wynansa. Tyle lat na scenie a jego ciągle cieszy granie. Pozazdrościć formy i witalności. Fantastycznie brzmi bas. "Kontrabasowy" dźwięk wydobywa ze swojego instrumentu z akustycznym pudłem rezonansowym Michael Rhodes.

W programie tej części koncertu znalazło się całkiem sporo slow bluesów, co pozwoliło na urozmaicenie występu i skompilowanie swoistego klimatycznego przekładańca (szybki-wolny). Ileż ognia i energii słychać w "Stuff You Gotta Watch". Nawet panowie z sekcji dętej dali się porwać i podśpiewywali refren. Ale już kolejny utwór, czyli slow blues "Double Trouble" przenosi emocje na zupełnie inny poziom. Tak to się właśnie pięknie miesza. Joe podarował sobie oczywiste oczywistości jak "Hoochie Coochie Man", "I've Got My Mojo Working" czy "Mannish Boy". Zamiast tego możemy podziwiać choćby przejmujące wykonanie "You Shook Me" z przecudnej urody gitarową solówką Bonamassy.

Set poświęcony Howlin’ Wolfowi rozpoczyna podobny zabieg realizatorski jak poprzedni. Ponownie możemy przez chwilę zobaczyć archiwalny film, na którym Mistrz wykonuje "How Many More Years" płynnie przechwycony przez zespół Bonamassy. W tej części koncertu jest więcej swobody i luzu - muzycy pozdejmowali marynary, tylko Joe trzyma fason. W repertuarze takie kilery jak "Spoonful" czy też "Killing Floor" w brawurowym wykonaniu.

Wygląda na to, że set poświęcony Howlin’ Wolfowi kończy koncert, bo padają słowa "goodnight" i "thank you", ale zespół zachęcony gorącą owacją publiczności pojawia się ponownie na scenie. Trzy pierwsze numery bisu to początkowe fragmenty ostatniej płyty Joe Bonamassy "Different Shades Of Blue". Nieoczekiwane wsparcie dostaje Joe od basisty. Michael Rhodes gra niezwykle brawurowo, żywiołowo, z wielkim zaangażowaniem i bardzo widowiskowo. Zauważa to również realizator wizji eksponując efektowne ujęcie - Joe na pierwszym planie i wijący się Michael w tle. A i dotychczas raczej powściągliwy Anton Fig gra na perkusji jak natchniony. Wykonanie "Oh Beautiful!" jak to mawiają na mieście - targa jelita. Naprawdę mocna rzecz. Doskonale wypadają "Sloe Gin" i "The Ballad Of John Henry". Generalnie odnoszę wrażenie, że kompozycje Bonamassy zostały zagrane wyjątkowo sprawnie, dosadnie i z dużą swobodą. Pewnie dlatego, że są bardziej znane i ograne.

Koncert odbywał się w przecudnych okolicznościach przyrody, dlatego nie dziwi, że zrezygnowano z jakiejkolwiek scenografii. Jedyną oprawę sceniczną stanowią surowe i majestatyczne skały, które po zapadnięciu ciemności i oświetleniu reflektorami wyglądają zjawiskowo. Czasem oko kamery sięga poza horyzont pokazując światła wielkiego miasta (Denver). Piękny widok. Bajeczna jest realizacja obrazu i dźwięku. Nie widać żadnych szwędających się jegomości z kamerami i niepotrzebnego ekwipunku - niczego, co by przeszkadzało w delektowaniu się muzyką. Nad realizacją dźwięku czuwał sam Kevin Shirley, co jest gwarancją najwyższej jakości.

W pudełku znalazła się jeszcze jedna płyta DVD zawierająca zapis wycieczki-pielgrzymki Joe Bonamassy i Kevina Shirleya do miejsc gdzie narodził się blues, behind the scenes, trochę archiwalnego materiału i galerię zdjęć.

Śmierć BB Kinga przywołuje we mnie pewne rozważania natury ogólnej. Odchodzą wielcy mistrzowie bluesa - nie da się zatrzymać upływu czasu. Potrzebni są spadkobiercy, którzy będą kontynuować dzieło Wielkich Nieobecnych. W żadnym razie nie chcę napisać, że Joe Bonamassa to zbawca bluesa, ale doceniam jego działania w podtrzymywaniu bluesowej pamięci. Tego rodzaju koncert, dodatkowo uwieczniony na płycie, jest na to najlepszym dowodem. Tak to się powinno kręcić - uczniowie kontynuują dzieło mistrzów - swoista sztafeta pokoleń. Oby trwała jak najdłużej.

Absolutnie zachwycający koncert. Sama przyjemność słuchania i oglądania.

Robert Trusiak