Kup Magazyn Gitarzysta

Vultures - God Damn

Vultures

Wykonawca:

God Damn

Gatunek:

Metal

6 /10

Wieść gminna niesie, że God Damn sporo narozrabiali na brytyjskiej scenie, a ich album, choć debiutancki, stał się premierą niezwykle wyczekiwaną przez Wyspiarzy. Zespół na tyle zdążył dać się poznać, że występował ostatnio na jednej scenie z Foo Fighters.

Trzon grupy stanowią śpiewający (a właściwie to krzyczący) gitarzysta Thom i perkusista Ash. Jeśli God Damn w swoich szeregach grupuje kogoś jeszcze, to najwidoczniej jest to informacja z gatunku ściśle tajnych, gdyż żadnych potwierdzonych danych na ten temat zdobyć się nie da. Niemniej oficjalnie jest ich dwóch, a na "Vultures" grają tak, jakby w jednym garażu zebrał się przynajmniej tuzin niedosłyszących anarchistów, a każdy z nich próbował coś zagrać najgłośniej jak się da wilżąc przy tym gardło browarem.

Najwidoczniej takie projekty jak God Damn też istnieć muszą, bo panowie zdobyli popularność, wydali płytę i znaleźli słuchaczy dla swojej brudnej, kanciastej, potężnie przesterowanej, wściekłej i pozbawionej krzty finezji muzyki. Doprawdy, debiut Brytyjczyków zdaje się cuchnąć anarchistycznym podejściem do dźwięków. Thom wrzeszczy ochryple zdzierając gardło, że aż boli, podgrywa sobie przy tym potężnie przesterowanymi gitarami, momentami zresztą tak potężnie, że całość zlewa się w jeden jazgot. Do tego Ash jak rozjuszony muflon wali bez opamiętania w bębny dodatkowo podkręcając poziom wściekłości God Damn. Ma ta muzyka w sobie coś z brudu punk rocka, garażowe brzmienie (albo raczej brak brzmienia), również wtręty z pogranicza hardcore i industrial metalu.

Jest bez wątpienia ekstremalnie hałaśliwie, muzyka aż kipi od buntu i stanów neurotycznych z nieustannymi wybuchami instrumentalnej agresji. Coś jak Middle Class Rut ale mocniej umetalowiony; jak Nirvana ale bardziej bezpretensjonalna, brudniejsza i agresywniejsza; jak Sex Pistols ale XXI wieku i skąpany w metalowym obliczu. Przede wszystkim zaś głośniejsza, bowiem God Damn są tak głośni, że momentami aż niesłyszalni, bo to co próbują grać nijak nie mieści się w odczytach mikserskich stołów, które podczas nagrań musiały być bliskie skopcenia.

Niestety, "Vultures" tak daje po uszach, że z czasem ciężko odróżnić, czy słucha się wciąż tej samej piosenki, czy może to już dalsza część albumu. Jedyna rzecz jaka wybija się sponad stylistyki "bij w bęben tak mocno jak potrafisz, podkręć gitary na full, gardło zdzieraj do bólu" jest akustyczny "Sullen Fun". Poza tym, debiut God Damn to jazda bez trzymanki, które na pewno nie spodoba się wszystkim - a konkretniej, to spodoba się niewielu, choć spoglądając na Brytyjczyków nie jest to stwierdzenie takie znowu pewne. Dlatego by wyrobić sobie zdanie o "Vultures" wystarczy sięgnąć po teledyskowe "When The Wind Blow", "Vultures" i w nieco lżejszym tonie "Horus". Jeśli się spodoba, to album można brać w ciemno, całość trzyma właśnie taki poziom i taką stylistykę.

Grzegorz Bryk