Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / How Big, How Blue, How Beautiful

How Big, How Blue, How Beautiful - Florence And The Machine

How Big, How Blue, How Beautiful

Wykonawca:

Florence And The Machine

6 /10

Na okładce oldschoolowa, na płycie taka, jaką ją znamy. Florence Welch trzyma się dawno wytyczonej ścieżki, co mnie osobiście niekoniecznie cieszy.

Florence + The Machine to jeden z tych projektów, który zawsze budzi skrajne emocje, nie tylko wśród "zwykłych" słuchaczy, lecz także tych, którzy na muzyce autentycznie się znają i potrafią wyczuć, co jest dobre, a co nie.

Ci pierwsi cenią Florentynę za jej zmysł do pisania wspaniałych melodii - te z pierwszych dwóch płyt jej składu wylewały się wręcz strumieniami, że wspomnę mój ulubiony song "What The Water Gave Me". Drudzy hejtują za przeprodukowanie i przesycenie aranżacji - toż nawet w utworach Bacha mniej się działo, niż w piosenkach The Machine! Niekiedy mnogość użytego instrumentarium i nałożonych warstw kończyła się tym, co hasanie Konia Rafała - porzygiem.

Ja oczywiście stałem gdzieś pośrodku tych dyskusji, z jednej strony wielbiąc melodie, z drugiej ganiąc aranżacje. Gdy więc usłyszałem dziarskie, wręcz rockowe "What Kind Of Man", które promuje płytę "How Big, How Blue, How Beautiful", pomyślałem że Florence wreszcie znalazła balans. Ten kawałek to oczywisty przebój, przy tym nieprzeładowany milionem ścieżek.

Teoria swoje, a praktyka swoje. Choć faktycznie, Welch i jej koledzy jakby zluzowali z podkładami. Owszem, Florentyna w wielu kawałkach nagrała po kilka tracków wokalu (w "Third Eye" przechodzi samą siebie - to nie komplement), ale koledzy stawiają na większą surowiznę - patrz "Ship to Wreck" czy ballada "Caught".

Niestety, poziom samych kompozycji też się obniżył. Gdy słuchałem krążka "Ceremonials", praktycznie każdy kawałek wydawał mi się potencjalnym kandydatem na przebój. Z "How Big, How Blue, How Beautiful" z przyjemnością wracam (bo je zapamiętałem) właściwie tylko do "What Kind Of Man", "Queen Of Peace" (bezbłędny, radiowy refren z soulowo-rockowym pulsem) i może jeszcze "St Jude" - ze względu na minimalizm i post-rockowo-ambietnowe naleciałości.

Pozostałe kawałki niestety, mimo kilku posiedzeń spędzonych z najnowszym wydawnictwem Florence + The Machine, za nic nie chcą trafić do mojej głowy i serca. Nie zrozumcie mnie źle - "How Big, How Blue, How Beautiful" to niezła płyta, której pewnie niejedna współczesna diwa popu Florecne pozazdrości. Ale jako rzecze pismo: "Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie". Tym razem Welch i spółka lecą pod poprzeczką.

Jurek Gibadło