Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Sticky Fingers

Sticky Fingers - The Rolling Stones

Sticky Fingers

Wykonawca:

The Rolling Stones

Gatunek:

Rock

10 /10

Lepkie paluszki znów w akcji. Bez okrągłej rocznicy, ale przecież 44 lata to też całkiem słuszny wiek. Właśnie wtedy ukazał się dziewiąty album The Rolling Stones "Sticky Fingers", którego nowa, wzbogacona wersja trafiła w czerwcu na sklepowe półki.

Zapewne wznowienie płyty było dla zespołu, który wciąż zwleka z nowym materiałem, dobrym uzasadnieniem dla wyruszenia w kolejną amerykańską trasę. Jej nazwa Zip Code Tour wprost nawiązuje przecież do szaty graficznej pierwszej winylowej edycji "Sticky Fingers". A może odwrotnie, zaplanowana, nowa trasa była świetnym pretekstem do ponownego wydania lepkiego albumu. Tak czy owak, nadarza się kolejna okazja, by przypomnieć sobie, co kryje się za zamkiem błyskawicznym jeansów umieszczonych przez Warhola na jednej z najsłynniejszych okładek w historii rocka. Zawsze warto to zrobić, bo na przełomie lat '60 i '70 Stonesi wspięli się na wyżyny swych twórczych możliwości, na które już nigdy później nie udało im się powrócić.

Wydane w tym samym - 1967 roku - albumy "Between the Buttons" i "Their Satanic Majesties Request" zwiastowały - odpowiednio - stagnację Stonesów, a następnie ich nieco rozpaczliwe podążanie za trendami, w tym przypadku psychodelicznymi odjazdami spod znaku Sierżanta Pieprza. Ten kierunek nie przypadł jednak do gustu nawet samej kapeli, zwłaszcza Keithowi Richardsowi. Wprawdzie Richards, nie wspominając o skrajnie uzależnionym Brianie Jonesie, gładko zaczął rozpędzać się na wysokooktanowym narkotykowym paliwie, którego Beatlesi nigdy w takiej ilości nie próbowali, ale nie pomogło mu ono szczególnie w wyprawie do świata psychodelii. Ratunek z tej opresji okazał się genialny w swej prostocie - powrót do korzeni.

Wydane w kolejnych latach trzy następne albumy "Beggars Banquet" (1968), "Let It Bleed" (1969) i "Sticky Fingers" (1971) powszechnie uchodzą za najlepsze w dorobku Stonesów i - choć nie jest to reguła - tym razem w pełni zgadzam się ze zdaniem krytyków. Pomimo licznych problemów w zespole (z prawem, narkotykami, a wreszcie śmiercią Jonesa), powstały doskonałe płyty, wypełnione świetną muzyką, pulsujące pierwotną energią, wspaniale nasycone bluesem, do tego bez zapchajdziur, które zawsze trafiały się kapeli zarówno wcześniej, jak i później. Choć utwory, które znalazły się na tych krążkach, powstawały w różnym czasie, w różnych studiach i w różnym składzie osobowym, do tego nieraz wyraźnie odstają od siebie stylistycznie, układają się w spójną całość. Do tego stopnia, że albumy te można traktować jak tryptyk, niemal jak trzy części jednego dzieła. Za każdym razem, gdy słucham któregoś z nich uważam, że jest najlepszy... do momentu, gdy sięgnę po kolejny.

Zwieńczeniem genialnej muzycznej trylogii Stonesów był "Sticky Fingers", nagrany z nowym gitarzystą Mickiem Taylorem, choć mnóstwa kolorytu ponownie dodali mu też muzycy sesyjni. Mimo iż w przyszłości Richards miał narzekać na zbyt duży udział w płytach zespołu muzyków sesyjnych, często zresztą technicznie lepszych od samych Stonesów, nie da ukryć, że bez wszędobylskiego saksofonu Bobby'ego Keysa, klawiszy Billy'ego Prestona czy udziału pianisty Nicky'ego Hopkinsa płyta brzmiałaby zupełnie inaczej. Podobnie jak wcześniej ("Sympathy for the Devil" i "Gimme Shelter") album rozpoczyna się mocnym akcentem, od największego hitu i jednocześnie jednego z największych klasyków zespołu "Brown Sugar". Na przeciwległym stylistycznym biegunie znalazła się doskonała wersja klasyka Freda McDowella "You Gotta Move". To czysty, niczym nie zmącony blues z Delty, świetnie zaśpiewany przez Jaggera.

Kolejnymi jasnymi punktami są "Sway", a zwłaszcza ponad siedmiominutowy "Can't You Hear Me Knocking" zaczynający się jak klasyczny stonesowy kawałek, by dalej przejść w kompletny - i wcześniej nie planowany - odlot przy dźwiękach kongów, instrumentów klawiszowych, a zwłaszcza saksofonu i znakomitej solówki Taylora. "Bitch" to jaskrawy przykład mizoginizmu kapeli, obecnego w tekstach wielu piosenek, co jednak nie zmienia faktu, że to kolejny świetny numer, ponownie niesiony na skrzydłach dęciaków i żwawej sekcji rytmicznej. Napięcie nie spada również wtedy, gdy zespół wyraźnie zwalnia w pięknych "I Got the Blues" i "Moonlight Mile", przejmującym "Wild Horses" czy przejmującym do kwadratu "Sister Morphine", napisanym z udziałem Marianne Faithfull i wzbogaconym partią gitary zagraną przez Ry Coodera charakterystycznym slidem. Najjaskrawszym przykładem amerykańskich wzorców, które zresztą słychać w brzmieniu Richardsa na całym krążku jest z kolei utrzymany w stylistyce country "Dead Flowers".

Wersja deluxe wznowienia zawiera dodatkowy krążek, na którym umieszczono koncertowe wykonania z Roundhouse z 1971 roku (m.in. klasyk Roberta Johnsona "Love in Vain" i "Midnight Rumbler" w 11-minutowej wersji) oraz alternatywne wersje niektórych kawałków, z których największą atrakcją - przynajmniej z marketingowego punktu widzenia - jest "Brown Sugar" nagrany z udziałem Erika Claptona, w którym środkowe saksofonowe solo z ostatecznego wydania ustępuje części miejsca solówce gitary. Świetna jest akustyczna wersja "Wild Horses", a wersja alternatywna "Can't You Hear Me Knocking" to po prostu niedopracowana pierwsza część tego utworu pozbawiona późniejszej kolorowej improwizacji, tak zachwycającej w wersji albumowej.

Philip Norman w swej biografii The Rolling Stones napisał: "Brown Sugar" to najbardziej lepki kawałek na "Sticky Fingers". Jednak poza "Wild Horses" (...) cała reszta to niewiele więcej niż słownik narkotykowego żargonu". Jak widać, nawet uznanym biografom - abstrahując od tego, że Norman kiedy tylko może z dziwną satysfakcją dowala Stonesom - zdarzają się tak krzywdzące i pełne bigoterii stwierdzenia, tym bardziej, że potępianie muzyki rockowej za jej konotacje z narkotykami jest po prostu kuriozalne. Prawda jest taka, że "Sticky Fingers", po ponad 4 dekadach od premiery wciąż błyszczy niczym niezmąconym blaskiem. Taką właściwość mają wyłącznie albumy klasyczne i ponadczasowe.

Szymon Kubicki