Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Desolation

Desolation - Spirit

Desolation

Wykonawca:

Spirit

9 /10

Nie ma już Vagitarians, ale jest Spirit. Przemiana zakończyła się sukcesem, a sludge'owa poczwarka przeobraziła się w progmetalowego motyla.

"Życie motyla jest pełne zaskakujących przemian i fascynujących zwrotów akcji." Tak mówi alfa i omega naszych czasów - Internet i te słowa prawdy jako żywo pasują do "Desolation". Debiutancki album Spirit mieni się barwami, niczym paź królowej albo inny mieniak tęczowiec i aż serce rośnie, że tak pomysłowa muza powstała ot tak, jak gdyby nigdy nic, tuż za miedzą. Wprawdzie muzycy Spirit - trzymając się przyrodniczych skojarzeń - nie wypadli sroce spod ogona, ale kto po powstałym na gruzach Vagitarians zespole spodziewał się jakiejś kontynuacji sludge'owego i mrocznego kierunku, wyznaczonego przez jedyny krążek Vagin pt. "Wood", ma prawo czuć się nieco zdezorientowany. Duch uleciał w inną stronę. I chyba dobrze.

Nie jest tajemnicą, że do inspiracji kierownika muzycznego Spirit - Piotra Rutkowskiego - w równym stopniu należy Yob, jak i Gojira; wydaje się, że wraz ze zmianą nazwy i przycięciem składu do (power) trio, panowie zdecydowali się pójść na całość. W lesie bywa duszno, a swobodny muzyczny duch nie lubi czuć się skrępowany. I choć "Desolation" ozdobiono skrajnie dołującą - niczym poniedziałek po urlopie - okładką, muzyczna zawartość albumu jest znacznie bardziej złożona i wielowymiarowa. Na pierwszy plan najczęściej wysuwają się mocne, techniczne łamańce, ale Spirit to także wciąż sporo klimatu i to czasem całkiem mrocznego (np. "Deepest End"), a tego rodzaju połączenia wcale nie są czymś powszechnym. Każdy utwór na "Desolation" to inna historia, każdy ma jakiś punkt zaczepienia. Spirit rzeczywiście postarał się o nowe otwarcie, w pełni uzasadniające zmianę nazwy i zwiastujące poważniejsze podejście do muzycznej materii, najwyraźniej niemożliwe do realizacji w poprzednim pięcioosobowym składzie.

Opisując wysiłki zespołu, zwłaszcza takiego, który zawojowanie świata ma jeszcze przed sobą, najbardziej kuszące jest pójść na łatwiznę i rzucić nazwami kilku innych bandów, których wpływy słychać na płycie i które jakoś naprowadzą słuchacza na właściwy trop. Oczywiście można i w tym przypadku przywołać kilka szyldów, takich jak choćby wspomniana już Gojira czy Mastodon - jednak z niezbędnym zastrzeżeniem, że Spirit od początku postawił na swoje własne brzmienie i inspiracje nie przesądzają o charakterze albumu, choć mają wpływ na niuanse i bardzo przyjemne smaczki. Takie, jak na przykład mastodonowe brzmienie gitary w "Wilderness", czy doskonały środkowy fragment "Storm" z riffowaniem podbitym ciekawym samplem i bez dwóch zdań podpatrzonym u nieodżałowanego komando Strapping Young Lad. Zresztą "Storm", jeden z moich ulubionych kawałków na "Desolation", to interesująca hybryda, w której wnikliwy słuchacz dopatrzy się również wpływu Meshuggah, a z drugiej strony - tak, tak - Enslaved.

Jak wspomniałem, "Desolation" to kopalnia pomysłów, przy tym świetnie zaaranżowanych i podpartych bardzo dobrym warsztatem trio. Nawet, jeśli nie jestem zagorzałym fanem piosenek w stylu najbardziej lajtowego "Lost" (kłania się Devin T.), trudno nie docenić zawartej w nim fajnej, przestrzennej solówki. To mocno gitarowy materiał, oparty na świetnych partiach tego instrumentu, a progresywne i przy okazji bardzo muzyczne sola gitarowe to z pewnością jedna z najjaśniejszych stron płyty. Kto nie wierzy, niech sięgnie choćby po "Ground". Za mało? No to "Loss of Memory", albo "Wilderness". Niczego nie można zarzucić również konkretnej sekcji rytmicznej, choć aż prosiłoby się, by bas brzmiał jeszcze tłuściej i częściej sprowadzał zespół do niższych rejestrów. Przyznam, że instrumentalna warstwa "Desolation" jest tak dopracowana, że mniejszą uwagę zwracam na wokal, a tu przecież Piotr Rutkowski dwoi się i troi, wypluwa płuca albo dla kontrastu po prostu śpiewa, nie bojąc się górek w stylu - ponownie - Devina Townsenda.     

Przyznaję bez bicia, że nie spodziewałem się, iż "Desolation" będzie aż tak dobrym albumem. Z niemałymi oporami szykowałem się do jakże niewdzięcznego zadania z najtrudniejszej kategorii "oceń album znajomych, zachowując szczerość i szacunek do samego siebie, unikając przy tym kwasów i fochów po stronie bohaterów recenzji." To przecież tak często mission impossible... Niby słyszałem wcześniej jakieś surowe próbki, ale końcowy efekt okazał się naprawdę potężny.

W taki sposób w naszym kraju nie gra nikt, nikt nie podchodzi w ten sposób do progmetalowej materii, umiejętnie łącząc muzykalność, technikę, klimat i chwytliwość. Mam nadzieję, że Spirit doczeka się swych pięciu minut albo nawet kwadransa. W dobie skrajnego 'muzycznego' chłamu, który bezlitośnie kaleczy nasze uszy na wszystkich frontach, takie kapele są na wagę złota.  

Szymon Kubicki