Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Rising

The Rising - Folya

The Rising

Wykonawca:

Folya

Gatunek:

Rock

6 /10

Jeśli interesuje was mocne, a jednocześnie melodyjne rockowe granie, to ten album z pewnością spełni wasze oczekiwania.

Bardzo cieszy mnie fakt, że w polskim gitarowym podziemiu pojawia się coraz więcej interesujących kapel, które choć nie wnoszą do gatunku nic szczególnie nowoczesnego, to w mistrzowski sposób oddają hołd tradycji. Tak jest właśnie w przypadku naszych bohaterów czyli pochodzących z Kielc panów ukrywających się pod sympatycznie brzmiącą nazwą Folya. Powstali w 2008 roku i mają na swoim koncie sporo sukcesów, wśród których znajduje się m.in. zajęcie pierwszego miejsca na odbywającym się w ich rodzinnym mieście festiwalu "RockFront", łęczyckim "Melodię niesie wiatr" oraz rybnickim "Motorockowisku". O przeglądach, koncertach itp. można by mówić w nieskończoność, dlatego też przejdźmy do zawartości debiutanckiego krążka chłopaków.

"The Rising" rozpoczyna się utworem "Wonder". Klasyczne gitarowe granie, które naprawdę wciąga słuchacza. Trudno jednoznacznie uznać, czy to zasługa wokalu Kamila Wojtczaka, czy też pozostałych muzyków, aranżu i produkcji. Ważne jest jednak to, że wszystkie te elementy razem dają mieszankę nie do zdarcia. Energia "Master Giger" sprawia, że chce się wskoczyć w krąg i zatańczyć pogo, a z kolei "Lovesong" nosi w sobie echa romantyczno-grungowego klimatu (wspaniały początek i refren, którego nie sposób nie zapamiętać). "Be My Slaves", "Confrontation" i "Heart of Darkness" to moc w czystej postaci. Pęd, siła, a jednocześnie jakaś specyficzna delikatność (cóż za paradoks), nie pozwalają potraktować tych kawałków niczym jednorazowych produktów ubocznych zabawy ostrymi dźwiękami. Nie inaczej jest w przypadku "Freedom", budzącego lekkie skojarzenia z Billy Talent oraz System Of a Down, a także takich kompozycji jak "Travelling" czy "Passage of Fate". "My Point of No" zabiera słuchacza w podróż po najlepszych dekadach gitarowego szaleństwa.

Surowość i oszczędność to zdecydowanie największe zalety tego longplaya. Muzycy bowiem postawili na minimalizm, wyzbywając się cyfrowej przesady, która dominuje w wielu, o zgrozo rockowych produkcjach. Być może właśnie w tym tkwi klucz do interesującego brzmienia Kielczan, ocierającego się o twórczość Pearl Jam, Soundgarden, Metalliki oraz Foo Fighters.  Dlaczego więc 6? By zachęcić członków grupy do tworzenia kolejnych tak miłych dla mych uszu albumów.

Elvis Strzelecki