Kup Magazyn Gitarzysta

Celuloid - Marek Napiórkowski & Artur Lesicki
Gatunek:

Jazz

8 /10

Mówi się o nich "najlepsi polscy gitarzyści jazzowi ". Coś w tym jest, wszak pracowitości i talentu odmówić im nie można. Potwierdza to również ich najnowsze wspólne dzieło - "Celuloid".

Marek Napiórkowski i Artur Lesicki znają się jeszcze z czasów szkolnych. Ten sam rocznik, beztroskie młodzieńcze lata spędzone w Jeleniej Górze, a wszystko to przypieczętowane prawdziwą męską przyjaźnią. Dziwi więc trochę fakt, że dopiero teraz zdecydowali się nagrać razem płytę. Z drugiej jednak strony, biorąc pod uwagę ich dorobek artystyczny, potwierdza się zabawna teza o zapełnionym kalendarzu, w którym ciężko czasem znaleźć miejsce nawet dla najlepszych kumpli. Co prawda, zawodowo spotkali się już wcześniej dzięki zespołom Hand Made i Funky Groove, mimo to muzyczny światek nadal bardziej skupiał się na ich solowych projektach (Napiórkowski brał udział w sesjach nagraniowych ponad 150 albumów, wydał także cztery autorskie krążki - "Nap", "Wolno", "KonKubiNap" i "Up!", natomiast Lesicki dorobił się renomy cenionego lidera i gitarowego pedagoga, który może pochwalić się interesującym projektem Acoustic Harmony, znanym z albumów "An Unbelievable Silence" oraz "Stone & Ashes").

"Celuloid"
to 9 utworów, stanowiących hołd dla niezapomnianych kompozycji polskiej muzyki filmowej. Twórczość Krzysztofa Komedy, Tomasza Stańki, Wojciecha Kilara, Andrzeja Kurylewicza, Andrzeja Korzyńskiego i Jerzego "Dudusia" Matuszkiewicza stała się w tym przypadku podstawą do ukazania ponadczasowości motywów, które znamy chociażby z takich seriali oraz filmów, jak m.in. "Lalka", "Wojna domowa" czy "Pożegnanie z Marią". Nazwa longplaya jest zatem całkowicie na miejscu. Co więcej, można ją nawet uznać za swoistą alegorię zawartości, nie tylko ze względu na związki z kinem (czyt. taśma celuloidowa), ale przede wszystkim przez klimat, który budzi skojarzenia z przeszłością.

Wyobraźmy sobie następującą sytuację - wchodzimy w deszczowy wieczór do wypełnionej starymi książkami kawiarni, kelner serwuje nam małą czarną, a na wprost ktoś wyświetla sceny z wymienionych w poprzednim akapicie dzieł filmowych. Na środku pomieszczenia siadają dwaj gitarzyści i rozpoczynają muzyczno-kinowy seans. Dźwięki ich instrumentów perfekcyjnie oddają klimat klasyki, a do tego jeszcze sami muzycy w międzyczasie dogrywają coś od siebie (tytułowa kompozycja Napiórkowskiego oraz "Crazy Script" Lesickiego). Czego chcieć więcej?

Podsumowując, mam nadzieję, że panowie w przyszłości nagrają wiele wspólnych płyt. Tej bowiem słucha się z niekłamaną przyjemnością, choć lekki niedosyt pozostaje (przydałyby się jeszcze przynajmniej dwa utory skomponowane przez naszych bohaterów na cześć polskiej kinematografii). Autorskie wariacje wychodzą im bowiem równie dobrze, co interpretacje kultowych dzieł sprzed lat.

Elvis Strzelecki