Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Best Of The Old Shit And The New Shit

The Best Of The Old Shit And The New Shit - Fred Banana Combo

The Best Of The Old Shit And The New Shit

Wykonawca:

Fred Banana Combo

Gatunek:

Punk

5 /10

Punkowcy na emeryturze? Skądże znowu. No, może trochę...

Fred Banana Combo to niemiecka grupa z pogranicza punk rocka i nowej fali. Po prawie 30 latach powróciła w oryginalnym składzie, by zebrać trochę staroci, nagrać nowy krążek, a także przypomnieć o swoim koncercie z 1980 roku. Rezultat? Stary i nowy album plus DVD w jednym boxie! Nicolle Mayer, Gottfried Tollmann i Bill Brown połączyli siły z trębaczem Dizzym Fischerem oraz perkusistą Charlym T, znanym ze współpracy z legendarnym Mariusem Müllerem-Westernhagenem, a wszystko to dla dobra swoich fanów, którzy z niecierpliwością czekali na powrót tej kultowej, a zarazem specyficznej grupy.

Na czym owa specyfika miałaby polegać? Otóż Fred Banana Combo uznawani są przez spore grono osób w swojej ojczyźnie za pionierów punka i new wave. Byli bowiem jednymi z pierwszych propagatorów surowego i prostego gitarowego brzmienia, którym zaskarbili sobie sympatię zarówno orędowników hasła "No future", jak i miłośników skrojonych na miarę garniturów. Paradoksalnie jednak, nie stronili od coverów (m.in. "Yesterday" z repertuaru The Beatles) i nie próbowali na siłę grać buntowników. Byli rozmyci gdzieś pomiędzy awangardą, komercją a przeciętnością, co nie pozwalało do końca krytykom wrzucić ich do jednego worka z napisem (i tu wstawiamy nazwę gatunku). Choć nie zdobyli wielkiej światowej sławy (znano ich głównie w Niemczech i Anglii, gdzie wydali swoje pierwsze nagranie), to według mojej skromnej osoby otworzyli furtkę kapelom pokroju The Bates czy Bonsai Kitten, co mówi samo za siebie.

"The Old Shit" czyli CD nr 1 to zbiór kawałków nagranych między 1977 a 1983 rokiem, wyprodukowanych przez Conny'ego Planka. 20 piosenek, pośród których znalazły się m.in. kultowy "The Captain", "No Destination Blues", "Rich & Fat" oraz covery w postaci wspomnianego w poprzednim akapicie "Yesterday" słynnej czwórki z Liverpoolu i "Johnny'ego B. Goode" Chucka Berry'ego, wywiera na słuchaczu pozytywne wrażenie. To taki ugrzeczniony, choć nie pozbawiony całkowicie zadziorności brytyjsko brzmiący punk z elementami charakterystycznymi dla chłodnych lat 80. Fajne, dobrze współgrające ze sobą wokale, proste w formie i przekazie podkłady oraz teksty - czego chcieć więcej? Z drugiej jednak strony odnoszę wrażenie, że to taka średnio udana transplantacja wyspiarskiego grania na tereny bliższe wrażliwości twórców prawdopodobnie najlepszych samochodów na kuli ziemskiej.

Nadzieją dla 25-letniego amatora muzyki stał się więc album nr 2 czyli świeżutki krążek o symbolicznej, kulturalnej nazwie "The New Shit". Jeśli można muzycznie zmartwychwstać, to prawdopodobnie ta płyta będzie tego totalną antytezą. Z punkiem coś wspólnego mają jeszcze "Manana", "Song of Dog" i "That's the Place to Be" (ewentualnie "Songs of Condition" i "Song of World", choć to bardziej post punk). Całkiem w porządku słucha się "Bookshelves" oraz "Song of Inland". "Saint Pancras" i "Freddy Mercury" to dosyć zabawne produkty uboczne układu pokarmowego niemieckich rolników cierpiących na niestrawność. Oryginał "Splinters" w ogóle mnie nie urzeka, ale wersja ze współpracowniczką Massive Attack, Sarah Jay Hawley to prawdziwa uczta dla zmysłów. DVD to nic innego, jak tylko zapis występu grupy w emitowanym przez stację WDR  programie Rockpalast (Kolonia, 1980 rok). Poziom przyzwoity, warto obejrzeć.

Podsumowując, mimo iż nie zostałem powalony na kolana, to ucieszyłem się, że w kraju, który wydał na świat Die Toten Hosen i Die Ärzte, ktoś wcześniej miał odwagę zagrać na angielską nutę.

Elvis Strzelecki