Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / What Went Down

What Went Down - Foals

What Went Down

Wykonawca:

Foals

8 /10

Źrebięta wreszcie przypomniały sobie o swoich korzeniach. Efektem jest najbardziej przemyślana płyta w dziejach kapeli.

Siedem lat - dokładnie tyle minęło od czasu pojawienia się na rynku pierwszego krążka Foals, dziś trochę niesłusznie zapomnianego "Antidotes". Brytyjczycy, dowodzeni przez syna greckich imigrantów (hue hue), przygotowali wtedy przebojową mieszankę punku, elektroniki i alternatywy rodem z rejonów będących wówczas na topie Arctic Monkeys.

Następne dokonania Źrebiąt, choć niewątpliwie udane, nieco rozwodniły pierwotną energię kwintetu. Były raczej grzeczne, niż zadziorne, z większym naciskiem na radiowość, niż gitarowe uderzenie. Spieszę donieść, że "What Went Down" umiejętnie łączy te wszystkie wpływy, tworząc frapującą mieszankę wybuchową.

Dla mnie wyznacznikiem tego, co dzieje się na czwartym krążku Foals, jest kawałek "Albatross". Niby wytłumiony, niby przemielony przez elektronikę i wyraźnie nawiązujący do czasów "Total Life Forever", ale gdzieś w tle czai się ta pierwotna dzikość, która powołała do życia ten band. Z pełną siłą uderza w sąsiadującym "Snake Oil", gdzie Yannis Philippakis a to sobie krzyknie, a to mocniej uderzy w gitarę. Może to sobie wkręcam, ale wyraźnie wyczuwam tu ducha The Clash.

Oczywiście Brytyjczycy nie zapomnieli, jakie piosenki przyniosły im największą sławę: typowo indie rockowe, z miejsca rozpoznawalną zagrywką gitarową i przestrzennym brzmieniem. To zadanie spełnia singlowy "Mountain At My Gates" oraz "Night Swimmers". Ktoś mógłby rzec, że Foals ewidentnie się w tych kawałkach powtarzają, ja za to ich pochwalę. Panowie wypracowali unikalny styl brzmienia, aranżacji i melodyki, którego nie można pomylić z absolutnie żadną współczesną kapelą. Za to ogromne brawa.

Zresztą, szacunek należy się im za całe "What Went Down". To album pełen bardzo dobrych piosenek, nagranych na wyraźnie zaznaczonym luzie, jak zwykle pomysłowo zaaranżowanych, pełnych niuansów, w które wgryzam się z największą przyjemnością. Jeśli tak ma wyglądać dojrzałość wczorajszych indie-dzieci, to ja jestem jak najbardziej na tak!

Jurek Gibadło