Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Repentless

Repentless - Slayer

Repentless

Wykonawca:

Slayer

7 /10

W takich bólach i z takimi problemami w tle nie rodziła się żadna z wcześniejszych płyt Slayera.

Kiedy wreszcie "Repentless" ujrzał światło dzienne, chór krytyków, zgodnie zresztą z oczekiwaniami, zabrzmiał głośniej niż - zazwyczaj umiarkowani - entuzjaści, ale to przecież nie ma większego znaczenia. Slayer to Slayer!

Zupełną niedorzecznością było oczekiwać albumu na miarę wspaniałych poprzedników, chyba że oczekiwania tego rodzaju miały stać się tylko dobrą podkładką pod późniejsze marudzenie i kręcenie nosem na rozczarowującą zawartość "Repentless". Nie ma co się oszukiwać, wielkiej, kanonicznej płyty Slayer już nigdy nie nagra i nie nagrałby jej zresztą nawet wówczas, gdyby bębny niezmiennie okładał Lombardo, a w tworzeniu materiału uczestniczył Jeff Hanneman. Gitarzysta i kompozytor nieodżałowany, ale przecież nie cudotwórca. To jednak w żaden sposób "Repentless" nie przekreśla. Nieporozumieniem jest gadanie o wyrwie, jaką rzekomo za bębnami pozostawił wyrzucony z zespołu Dave Lombardo. Darzę go ogromną sympatią, ale przecież Paul Bostaph jest doskonałym technicznie perkusistą, którego grę cechuje niewątpliwy feeling i który na swym powrotnym krążku po raz kolejny udowodnił, jak dobrze zgrywa się ze Slayerem. Podobnie zresztą jak Gary Holt, który wprost idealnie pasuje do zespołu. O lepszych następcach (bo jednak nie zastępcach) King z Arayą nie mogli nawet marzyć.

Pozostaje więc najważniejsze: Kerry King, po raz pierwszy osamotniony na kompozycyjnym placu boju. Nie ulega wątpliwości, że w tej kwestii jakościowy wkład Jeffa Hannemana był ogromny. King zaś osamotniony został nie tylko przez zmarłego gitarzystę, ale też przez często pracującego z Hannemanem Arayę, którego wkład w zawartość "Repentless" był znikomy. Nawet jednak biorąc ten fakt pod uwagę, mniej lubiana (czy wręcz znienawidzona, na zasadzie Tom - sympatyczny poczciwina, Kerry - wredna pizda) połowa duetu nie była wcale z góry skazana na przegraną. Krytycy zdają się o tym zapominać, ale przecież na trzech ostatnich albumach kapeli King stworzył połowę materiału, a w przypadku "Christ Illusion" zdecydowaną większość.  

"Repentless" to więc album, którego - nie mając zbyt wygórowanych oczekiwań - z grubsza się spodziewałem. Nie odstaje on szczególnie od dokonań zespołu z ostatnich dwóch dekad, w których również mieszały się przecież ze sobą lepsze i gorsze kawałki. Kerry King znany był wcześniej raczej z prostszych, szybszych i bardziej bezpośrednich utworów, a wolniejsze tempa oraz - powiedzmy w uproszczeniu - kombinowanie, pozostawiał Hannemanowi. Mimo to, pracując nad nowym materiałem, gitarzysta nie zapomniał o różnorodności, czego najwyraźniejszym dowodem jest ociężały "When the Stillness Comes". To może niekoniecznie muzyczny brylant, ale też moim zdaniem nie utwór, który zasługiwałby na aż taką falę krytyki. Uroczo prostacki numer tytułowy, ze smakowitym solowym pojedynkiem Holt-King urywa dupę, a jego następca "Take Control" nieuchronnie przejmuje kontrolę nad świadomością słuchacza. Poziom trzymają "Vices" i "Chasing Death", a podczas szybkiego i bezpośredniego "Atrocity Vendor" formacja udanie przypomina sobie o swoich punkowych fascynacjach. Słychać je również - choć w nieco innym wydaniu - w świetnym "You Against You". Zdobiąca pierwszą część tego kawałka perlista, startująca jak bolid Formuły 1 solówka to jeden z najlepszych momentów płyty.

To prawda, że zespół łapie tu parę razy zadyszkę, a jego niektóre ataki na narządy uszne fanów zaskakują, a niekiedy wręcz zasmucają swą anemicznością. Nie da się ukryć, że sięgnięcie po nagranego podczas sesji do "World Painted Blood" "Atrocity Vendor", który pojawił się już na singlu w 2010 roku, sprawia wrażenie desperackiej próby skompletowania tracklisty i dojechania do przyzwoitych 40 minut materiału. Rzeczywiście, nie cała zawartość albumu przykuwa uwagę w równym stopniu, a graniczące z nadmierną pewnością siebie twierdzenia Kinga, wychwalającego "Repentless", w dużej części mijają się z prawdą. Tak czy owak, mimo wszystko moim zdaniem Amerykanie powrócili z solidnym krążkiem, który nosi wszelkie znamiona jedynego w swoim rodzaju muzycznego stylu. Po prostu brzmi jak Slayer.

Można rzecz jasna twierdzić, że od Slayera powinno się oczekiwać wyłącznie najwyższej jakości, ale z drugiej strony warto zachować realizm, bowiem próżni, która pozostanie, gdy Amerykanie w końcu zejdą ze sceny, młode kapele tak łatwo nie wypełnią. "Repentless" trafił na czwarte miejsce listy Billboardu. Dwa oczka wyżej, ze swą nową płytą uplasował się Bring me The Horizon. Zmiana pokoleniowa dokonuje się nieuchronnie; szkoda, że w takim kierunku. Choć zmęczony i poraniony, Slayer wciąż walczy i chyba jednak póki co nie ma zamiaru się poddać. I dobrze!  

Szymon Kubicki