Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Rattle That Lock

Rattle That Lock - David Gilmour

Rattle That Lock

Wykonawca:

David Gilmour

Gatunek:

Rock

5 /10

Może i z lekkim poślizgiem zabieramy się za nowy solowy krążek Davida Gilmoura, wszak to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier ostatnich lat, a recenzje takich pozycji trzeba wyklepywać na złamanie karku, aby tylko się nie spóźnić, a najlepiej to być pierwszym.

W każdym razie pierwsze wrzaski na temat "Rattle That Lock" już umilkły, nawet ich echa przycichły. Dlaczego więc tak późno? Pierwsze usprawiedliwienie, niezbyt przekonujące: Gilmour z następcą "On An Island" (2006) też się nie spieszył. Tyle że ex-lider Pink Floyd nigdzie się spieszyć nie musi, a Gitarzysta, jako pismo branżowe, jednak spieszyć się powinien. Więc argument drugi, znacznie cięższego kalibru: otóż do przesłuchania "Rattle That Lock" wcale się tak spieszyć nie powinno, spokojnie można dać szansę innym, może mniej głośnym, ale na pewno znacznie ciekawszym premierom, bo i materiał z nowej solówki Gilmoura nie wydaje się jakoś specjalnie porywający i zwłoki nie cierpiący. Prawda, większa część krytyki dziesięć lat temu mówiła to samo o "On An Island", ale jak na złość ten krążek z czasem dojrzał i zupełnie jak "The Division Bell" (1994) albo dobre wino, po jakimś czasie zyskał na wartości. Nie wydaje się jednak, by taki sam los czekał "Rattle That Lock", choć ręki nie dam sobie uciąć - różnie to w branży bywa, często wbrew logice.

Singiel z tytułowym numerem nie robił specjalnych nadziei na porywające wydawnictwo, a gdy przyszło do obcowania z całym albumem, okazało się, że to właśnie ciekawsza i bardziej dopracowana część nowej muzyki Gilmoura - choć mówienie o czymś nowym jest tu sporym nieporozumieniem. Gilmour jest już starym człowiekiem i niestety niewiele ma interesującego do opowiedzenia. Co prawda taki Mark Knopfler jest w podobnym wieku, od lat opowiada te same historie, ale wciąż chce się ich słuchać, gdy tymczasem Davida Gilmoura słuchać się nie chce. Zaczyna się od "5 A.M.", w którym ex-Floyd bardzo chciałby przypomnieć, że kiedyś nagrał niesamowity instrumentalny utwór "Marooned", podobnie zresztą zaczynał się poprzedni krążek (na "On An Island" takim wstępem był "Castellorizon"), szkoda tylko, że tym razem kompozycji brak rozwinięcia i zakończenia, czyli absolutnej podstawy. Gitara coś tam gra przez trzy minuty, ale zasadniczo granie to nie ma większego sensu, a nim coś z tej solówki wyniknie, następuje wyciszenie i idziemy dalej. Są jeszcze dwa utwory w podobnym tonie (oparte na gitarowym solo i podkładzie syntezatorów) - całkiem atmosferyczny "Beauty" i wieńczący album "And Then…", ponownie niespecjalnie przemyślana improwizacja brzmiąca raczej na zasadzie: "a, nagrało mi się, to czemu by nie". Niestety ciężko mówić tu o utworze z prawdziwego zdarzenia, czy może kompozycji skończonej. Cynicy powiedzieli by pewnie, że artysta kontynuuje fragmentaryczną część twórczość rodem z "The Endless River".

To, że Gilmour jest już stary można usłyszeć w swingowym "The Girl in the Yellow Dress". Park geriatryczny w czystej formie. Takiego jazzu słucha się zapewne na potańcówkach w domu starców - sam poczułem się starszy o najmniej trzydzieści lat i zrobiło mi się z tego powodu po prostu przygnębiająco smutno. Nie ciekawiej jest przy okazji singlowego "Rattle That Lock", piosenki, której zapewne nikt nie chciałby słuchać, gdyby nie nazwisko Gilmoura. Kolejną cegiełką w tym skonstruowanym przez niezbyt obytego w swym fachu murarza murze jest "A Boat Lies Waiting" - urocze pianino, pojawiający się na chwilę ciepły głos Ricka Wrighta, trio z Grahamem Nashem i Davidem Crosbym, ale nie jest to utwór pełnoprawny, raczej przerywnik między prawdziwymi kompozycjami, których po prawdzie na "Rattle That Lock" jest ledwo pięć.

O piosence tytułowej już wspomniałem, zostały więc jeszcze cztery, które w jakiś tam sposób ratują obraz płyty. "Faces of Stone" zaczyna się wyśmienicie - melancholijny motyw na pianinie przewijający się przez całość robi pozytywne wrażenie. Z czasem utwór skacze po gatunkach, bo jest nieco balladowo, akustycznie, trochę wodewilowo, trochę też kabaretowo, by ostatecznie stwierdzić, że takiego Gilmoura chcemy, a i solówka jest przednia, jedna z tych typowych gilmourówek. Nieco kabaretowe klimaty eksploruje również "Dancing Right in Front of Me" upstrzony ciekawym motywem gitarowym i króciutką solóweczką - nic szczególnego, ale też nie ma się czego czepić. "In Any Tongue" to już Gilmour z czasów "The Division Bell", a jeszcze bardziej z "On An Island" - piosenka spokojnie mogłaby się znaleźć na tamtych albumach i niespecjalnie odstawałaby jakością i klimatem - wydaje się też, że to jedyny numer, w którym wyczuwa się jakieś emocje, no i oczywiście solówka-gilmourówka na końcu (zasadniczo nie różni się niczym od poprzednich, no ale to w końcu Gilmour, nie gra on nic innego od czasów "Comfortably Numb"). Jeszcze na zakończenie "Today" - piosenka trochę w stylu disco wymieszanego z rockiem lat '80 (słychać echa "A Momentary Leapse of Reason"). Tworząc "Today", Gilmour musiał sporo nasłuchać się "Radia K.A.O.S." byłego kolegi z zespołu, Rogera Watersa. Idealnie nadaje się do… zapomnienia.

Fakt, dobrze jest znowu usłyszeć głos Davida Gilmoura, bo to wspaniały wokalista obdarzony niepowtarzalną, kojącą, bardzo męską, lekko też zachrypłą barwą. Dobrze jest też znowu usłyszeć jego gitary, tak charakterystyczne, że nie do pomylenia z nikim innym. Tylko że ten album Gilmourowi nie wyszedł i na nic się tu zdadzą odniesienia do "Raju utraconego" Miltona i niebanalne teksty o szczęściu, umieraniu i ogólnie życiu - tak, tak, jest to album koncepcyjny. Rzecz w tym, że na "Rattle That Lock" niewiele jest do słuchania, przez co do albumu nie chce się po prostu wracać - chyba, że jest się ortodoksyjnym fanem, który świata poza Pink Floyd nie widzi, a wszystkie kolejne pozycje w jakikolwiek sposób powiązane z tym zespołem z namaszczeniem odkłada na świętą półeczkę, przed którą wieczorami nabożnie klęczy. Jeśli już jakiś utwór wydaje się autentycznie skończony, to porywa raczej licho. Nudzi. David Gilmour jest już starym człowiekiem, niestety czuć to w jego muzyce, i doprawdy życzę mu, by jego najnowszy krążek został za te parę lat doceniony, tak jak doceniliśmy "The Division Bell" i "On An Island". Nie wydaje mi się, by tak się stało, ale - raz jeszcze - z całego serca tego artyście życzę.

Grzegorz Bryk