Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Sun Also Rises For Unicorns

The Sun Also Rises For Unicorns - Cochise

The Sun Also Rises For Unicorns

Wykonawca:

Cochise

Gatunek:

Rock

9 /10

Słońce wschodzi też dla polskiego grunge. Nie może być inaczej jeśli na krajowym rynku ukazują się takie materiały jak czwarty longplay białostockiego Cochise, zatytułowany "The Sun Also Rises For Unicorns".

Album zawiera trzynaście numerów, które konsekwentnie kują w skale pozostawionej w spadku dla pokoleń przez najwybitniejszych przedstawicieli sceny Seattle. Tego kucia wcale nie potrzeba dużo - wystarczy zgrana i świadoma swej tożsamości kapela, którą dziś jest Cochise. Jeśli więc komuś przyszło przed kilkoma laty na myśl, że białostocczanie stanowią wyłącznie ciekawostkę na rynku rockowych brzmień, to krążek "The Sun Also Rises For Unicorns" ostatecznie rozwiewa wszelkie wątpliwości. Album odzwierciedla dojrzałość i nieprzeciętne umiejętności członków kapeli, a zarazem świadczy o tym, że nie trzeba osiągać wirtuozerskiego poziomu, aby tworzyć porządną i klimatyczną muzykę osadzoną w stylu grunge.

Płyta rozpoczyna się od deszczowego utworu tytułowego, a później materiał często w owej deszczowości pozostaje. Tego typu depresyjne spadki zespołu stanowią nowe otwarcie w filozofii tworzenia (ewentualnie drastyczne rozwinięcie), tak zresztą jeśli chodzi o garażową poetykę Pawła Małaszyńskiego, który w warstwie lirycznej wspiął się właśnie na wyżyny - paradoksalnie opowiadając o podziemiach ludzkich emocji, zmęczonym pokoleniu, popiołach, rozczarowaniach, niespełnieniu, narkotycznych wizjach i dążeniach wpisanych w narrację z 5 kwietnia 1994/2002 roku. Niezwykle sprawnie w tego typu poetykę wpisali się instrumentaliści Cochise. Wszelkiego rodzaju wycieczki gitarowe Wojtka Napory, paranoidalna nadaktywność perkusyjna Czarka Mielko oraz smolisty bas Radka Jasińskiego sprawiły, że "The Sun Also Rises For Unicorns" to dzieło skłonne do regularnych improwizacji, niepozbawione szaleństwa oraz ilustrujące ducha czasów, które pozornie przeminęły wraz z odejściem kilku szermierzy tej ryzykownej dyscypliny, co się zwie grunge.

Cochise przełamuje wszelką pozorność. Energetyczne strzały w stylu "The Boy Who Lived Before", "The Viper Room" (świetny wstęp!), "Monster" i "Dead Man Wanted" są niczym innym tylko zestawem protestów około-egzystencjalnych wyartykułowanych przez Pawła Małaszyńskiego z taką żarliwością jakby jutro miał skończyć się świat. Charyzmatycznemu frontmanowi dodatkowej mocy w tej materii dodali instrumentaliści dowodzeni przez znajdującego się w świetnej formie Wojtka Naporę, autora niezłego zestawu brudnych riffów i wybornych solówek gitarowych, które przywracają wszelką wiarę w grunge. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę szarpaną stronę tego gatunku podniesioną o wokal próbujący wydostać się nawet z najlepiej uzbrojonych głośników. Tak oto Cochise kopie po dupie, formatuje emocje, rozjeżdża sentymenty i sprawia, że dziś każdy ma dwadzieścia siedem lat, a jego ukochana właśnie zeszła na OIOM-ie w lokalnym szpitalu.

Na "The Sun Also Rises For Unicorns" nie zabrakło też utworów o nieregularnym tempie, balansujących pomiędzy różnymi konwencjami i łączących różne środki wyrazu. Na czoło pod tym względem wysuwa się budzący wyobraźnię "I Don’t Care" zwieńczony iście seattle’owskim finałem, ale trzeba też wspomnieć o zapuszczającym się w psychodeliczne rejony "Circus", tj. kompozycji otwartej niebanalnym wstępem, a następnie poprowadzonej w oparciu o jadowite instrumentarium, wreszcie ozdobionej nieco orientalnym solo gitarowym i rozrywanej psychopatyczną sekcją wokalną. W podobny zestaw wrażeń może też wprowadzić "Karma", gdzie z jednej strony daje się odczuć momenty, w których wokale odcinają się od jakichkolwiek konwencji, a z drugiej instrumentaliści aplikują sobie pigułki o nazwie "przestrzeń i wariacje". Jeszcze inną formę ekspresji Cochise stanowi podłączony do prądu "Perfect Place To Die" o niestabilnym klimacie, pełnym niepewności i niekontrolowanych uniesień, o które zadbały klimatyczne partie wokalne Małaszyńskiego i nieprzejmująca się nutami gitara Wojtka Napory. W sumie ogień… i brud!

Za to w kategorii niewinnych uzupełnień można potraktować kompozycje w stylu "Homeland" i "Falling", a więc rzeczy o walorach balladowych lub po prostu wygłupy, zdecydowanie zbyt potulne i przejrzyste, jeśli chodzi o wiodący klimat albumu. W każdym razie balladowe inklinacje Cochise ratuje "Stupid Love" o głębokim gitarowo-perkusyjnym klimacie zlokalizowanym w okolicach tekstu próbującego pływać na mieliźnie. Samo życie, choć z tego statku nikt nie próbuje uciekać albo ratować się przed innymi. W pewnym sensie w liryczne przestrzenie wprowadza też wypełniony ciężkim klimatem "Black Summer", rzecz mająca wszelkie walory, aby stać się hymnem zespołu. Nastrój stworzony w tym kawałku jest bowiem nie do podrobienia. To Cochise w formie mogącej konkurować z każdym. To rasowa celebracja grunge’u i kilka linijek tekstu, które mogłyby ozdobić nagrobek niejednego fana tego gatunku. Absolutne mistrzostwo.

W kategorii mistrzostwa trzeba też rozpatrywać cały czwarty album Cochise. Kapela z Białegostoku porusza się po trudnym muzycznym gruncie, często odkopuje te wszystkie trudne emocje, które niejednego artystę i przeciętnego śmiertelnika posłały do piachu, ale pozostaje przy tym tak bardzo prawdziwa, że trudno jej nie zaufać. Grunge żyje, a materiał zawarty na "The Sun Also Rises For Unicorns" tylko żywotności temu gatunkowi dodaje. Please don’t hold my heart and run.

Konrad Sebastian Morawski