Kup Magazyn Gitarzysta

Hiraeth - Lion Shepherd

Hiraeth

Wykonawca:

Lion Shepherd

Gatunek:

Art Rock

9 /10

Ależ to jest dobre! - ciśnie się na usta podczas słuchania krążka Lion Shepherd.

A wydawało się, że wszystko co najlepsze w tym roku w polskiej muzyce z pogranicza art-rocka, progresji i rocka mamy już za sobą, łącznie z kilkoma światowej klasy debiutami (Whitewater, Brain Connect, Abstrakt), a i blaszeczkami od muzyków już uznanych (Riverside, State Urge), którzy potwierdzili jedynie przynależność do najwyższej ligi.

Tymczasem pojawia się "Hiraeth" i rozrabia aż miło, mąci w zawczasu z pietyzmem przygotowanych podsumowaniach roku, bo tak udanego projektu w żadnym zestawieniu pominąć nie sposób, byłby to grzech wobec sztuki.

Jest to debiut, ale chyba tylko połowicznie, bo Lion Shepherd to twór Kamila Haidara i Mateusza Owczarka - trzonu grupy Maqama, mającej na koncie dwie długogrające płyty oraz współpracę z Dougiem Pinnickiem (wokalistą i basistą słynnej prog-metalowej grupy King's X). Wydaje się jednak, że Maqama - jakkolwiek band oryginalny i z wyższej półki - to była tylko przymiarka do tego co panowie zrobili pod banderą Lion Shepherd. Bezwzględnie dojrzeli muzycznie, przestali się buntować i grać głośno dla samej głośności, wyciszyli nieco instrumenty i postawili na gęsty niczym londyńska mgła w zaułkach Whitechapel klimat. Stworzyli przy tym dzieło, które nastrojem i poziomem muzycznym spokojnie może rywalizować z utrzymanym w nieco podobnym duchu "Love, Fear and The Time Machine" grupy Riverside. Zresztą Mariusz Duda i jego świta od razu wyczuli co w trawie piszczy, popisali się przy tym odwagą (no bo jak się tu nie bać, że Haidar i Owczarek zgarną dla siebie całe show) i chłopaków z Lion Shepherd zabrali jako support w europejską trasę.

"Hiraeth" porównałbym właśnie do wczesnego Riverside, ma w sobie również tę szarawą barwę z "Damnation" Opeth, ale też coś z melancholijnej atmosfery Anathemy i Alternative 4, oraz głębię Blindead z płyty "Absence" i garażowego brudu Toola. Jest to muzyka zamyślona, zadumana, refleksyjna, utrzymana w klimacie czarno-białego, zamglonego zdjęcia (wystarczy spojrzeć na okładkę), na pewno duszna, w pewien sposób majestatyczna i melancholijna, może nawet na baśniowy sposób tajemnicza - "hiraeth" to po walijsku "nostalgia", albo "tęsknota". Potrafi przy tym przykopać porządnie przesterowaną gitarą i śpiewem Haidara, którego wokal ma w sobie coś z barwy Mariusza Dudy, rozedrgania Eddiego Vaddera, a nawet liryzmu i głębi Mikaela Akerfeldta ze spokojnych, akustycznych numerów. Pięknie to wszystko gra w zestawieniu z całą paletą odniesień do muzyki orientalnej i world music, również delikatnej elektroniki i psychodelii. Spaja się to w niezwykle wyszukany art-rock z dominującą gitarą akustyczną, potrafiący być zarówno głośny, emocjonalny, ale i wyciszony, atmosferyczny oraz obrazowy. Balladowy charakter krążka (utrzymanego w uduchowionych tonach tak cudnych kompozycji jak "I'm Open", mistycznie pięknego "Lights Out" czy "Wander") nabiera tylko mocy w zestawieniu z cięższymi, zdobionymi przesterowanymi gitarami fragmentami pokroju piorunującego, rozpoczynający się bliskowschodnim motywem "Smell Of War" czy na garażowo/grungeowo rozjuszonego "Past in Mirror". Na dokładkę jeszcze hipnotyczny "Infiedel Act of Love".

Całość dopełniają goście, bo przecież kawał świetnej roboty zrobił Radosław Kordowski, który podkolorował hammondami chociażby "Lights Out" i "Past in Mirror"; Rasm Al Mashan dorzucił bliskowschodnie wokalizy w rozpoczynającym album "Fly on" i opowiadającym o wojnie w Syrii "Smell of War". Orientalnego klimatu nadaje również grający na santurze Jahiar Azim Irani. Nie są to więc gościnne występy nieprzemyślane - wręcz przeciwnie, idealnie dopełniają one klimat krążka, a i stanowią o oryginalności jego brzmienia.

Wypada się jedynie cieszyć, że oto pojawił się na naszej, i tak przecież bogatej, scenie z kręgu art-rocka zespół tak charakterystyczny, ambitny, w pełni ukształtowany, rewelacyjnie brzmiący i mający do zaoferowania muzykę klimatyczną, świeżą i o naprawdę olbrzymiej sile rażenia (tak brzmieniem jak i emocjami). "Hiraeth" zawiesił poprzeczkę wysoko, a zespół już na starcie spakował walizki i pod czujnym okiem starszych kolegów z Riverside ruszył na europejskie tournee. Koniecznie posłuchajcie tego światowej klasy debiutu, bo ręczę, że to jedna z najlepszych rzeczy z jakimi mieliście okazję obcować w tym roku! Już nie mogę się doczekać płyty numer dwa. Ależ to jest dobre!

Grzegorz Bryk