Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Color Before The Sun

The Color Before The Sun - Coheed And Cambria

The Color Before The Sun

Wykonawca:

Coheed And Cambria

Gatunek:

Rock

8 /10

Nie lubię recenzować płyt swoich ulubionych zespołów. Najlepszym tego przykładem jest mój niedawny tekst o "Ire", najnowszym dziele Parkway Drive.

Zdarza się jednak, że zdejmuję przysłowiowe klapki z oczu i wystawiam odpowiednią notę. Ocena wystawiona tytanom metalcore’a ma swoje realne odzwierciedlenie w muzyce. Po prostu, zdarza się, że faworyci zawodzą. Przypadek Coheed and Cambria, zespołu z kompletnie przeciwnego bieguna muzycznego, jest wyjątkiem od reguły. Progresywni rockowcy nie splamili się złym utworem, a co dopiero słabym albumem.

"The Color Before The Sun", ósme studyjne dziecko nowojorczyków, to pierwszy album nie będący konceptualnym rozwinięciem fantastycznej space opery "The Amory Wars". Zasadniczo, trochę dziwnie słucha się historii nie związanych z tak mocno rozbudowanym światem, ale to Coheed and Cambria - tutaj nie ma miejsc na pomyłki. Skoro już o tym mowa, po dwóch ostatnich longach, znacznie mroczniejszych i cięższych na tle dotychczasowego dorobku, panowie zbaczają na lekką, nostalgiczną i mniej przebojową ścieżkę. W przypadku wielu innych zespołów kończyło by się to porażką, a tutaj, efekt jest doskonały. Panowie nagrali jednocześnie najmniej hiciarski album w swojej karierze, ale za to będący pod względem samej muzyki zwartym i doskonale uzupełniającym się wydawnictwem, stanowiącym przemyślany pomost pomiędzy kochaną przez miliony wesołkowatością, a gęstym i nierzadko matematycznym graniem dla prawdziwych progowych geeków.

Numer osiem w dyskografii Coheed and Cambria przynosi dawkę dźwięków bliższych czystej rockowej formule (wyborny singiel "You Got Spirit, Kid", radiowy szlagier "Here to Mars"), czyli łatwo zapamiętywalnych piosenek, bez nagromadzenia tematów i smaczków, które tak lubią przemycać. Nie oznacza to jednak, że rdzeń muzyki został naruszony. Jeśli brakuje ci prawdziwego progowego monstrum, przy okazji mającego dwie wersje - epicką ze stadionowym rozmachem i akustyczną, to zakochasz się w trwającym sześć minut "Atlas". Co ciekawe, ten najbardziej połamany a zarazem trochę wściekły numer szybko został okrzyknięty przez fanów jednym z najlepszych nie tylko na całej płycie. Osobiście jestem daleki od faworyzowania akurat tej "piosenki", ale coś jest na rzeczy, bo kiedy słucham partii Claudio Sancheza - a nie mam tutaj na myśli tylko jego głosu - a grę solową, nie sposób nie zgodzić się z opiniami w sieci.

Skoro już padło nazwisko frontmana Coheed and Cambria, nie skłamię, jeśli po raz kolejny wystawię mu laurkę. Mało który wokalista w świecie prog rocka, mimo mocno sfeminizowanej barwy głosu, tak bardzo chwytać za serce. Co prawda nie śpiewam razem z Claudio w co drugim utworze (najczęściej w "You Got Spirit, Kid") ale - chyba jak zwykle - chłop kupił mnie szczerością i w pewnym sensie - choć wiem, że to dziwnie zabrzmi - niewinnością, która przyświeca całej kapeli.

Kwartet z Nowego Jorku nagrał kolejną bardzo dobrą płytę pełną uzależniających melodii, świetnych refrenów, a przede wszystkim, uniwersalnej muzyki zarówno dla wielbicieli instrumentalnych wirtuozów z co drugiej djentowej kapeli, jak i miłośników piosenkowej formuły, której powinni im zazdrościć wszyscy "wielcy" alt rocka z przedstawicielami festiwalu Open’er włącznie. Swoją drogą, nie obraziłbym się, gdyby wystąpili u nas właśnie na tej imprezie. Może kiedyś.

Grzegorz "Chain" Pindor