Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The House Of Ink

The House Of Ink - Phedora

The House Of Ink

Wykonawca:

Phedora

8 /10

Łowcy skalpów i ogólnie włodarze z polskich wytwórni są stanowczo przepłacani, by nie powiedzieć, że są partaczami pierwszej kategorii.

Często mają gotowy produkt: idealnie brzmiący, w topowym gatunku, do tego już nawet tu i ówdzie rozreklamowany, towar eksportowy najwyższej klasy; a oni zdają się tego nie zauważać, zupełnie jakby research polskiej sceny muzycznej był dla nich sztuką tajemną.

Naprawdę nie trzeba alchemika, by wyczuć czy coś się sprzeda. Lubelska Phedora zaś bezwzględnie zasługuje na fizyczną wersję w dużej wytwórni (póki co debiutancki "The House of Ink" hula jako cyfrówka z możliwością nabycia materialnej wersji "na zamówienie", czyli specjalnie tłoczonej), a i zespół, przy odpowiednim marketingu, mógłby rzeczonej przynieść całkiem słuszne pieniądze. Rozchodzi się o to, że Phedora gra modnie - w pewnym sensie oczywiście, bo różne są mody w różnych gatunkach. Chłopaki grają amerykański alternatywny metal, który nie od dziś podbija listy przebojów. Wystarczy wspomnieć takie grupy jak RED, Linkin Park i Stone Sour (szczególnie z albumów z cyklu "House of Gold & Bones"). Z europejskich zaś - szczególnie w nieco progresywnym numerze "Succubus" - Pain Of Salvation. Właśnie w takich klimatach obraca się Phedora.

Grupa nie dość, że gra modnie, to jeszcze gra dobrze - co nie jest znowu takie oczywiste. Wiele niesamowitych, chwytliwych melodii wymieszanych z zadziornymi, mocno przesterowanymi gitarami; nagłe zwroty akcji; dawkowanie napięcia; charakterne, wyraziste refreny - to znaki rozpoznawcze chłopaków z Lublina. Smaczku i podniosłej atmosfery dodają tu i ówdzie upchane smyki, idealnie zresztą współgrające z szalejącym w najlepsze rockowym zestawem. "The House Of Ink" jest po prostu wypchane światowej klasy alternatywnym rockiem/metalem, tą raczej modną, melodyjną jego odmianą w mrocznych i emocjonalnych odcieniach, ale również z aspiracjami do grania bardziej złożonego i wielopłaszczyznowego. Wystarczy posłuchać wymienionego już wcześniej "Succubus", czy charyzmatycznego "Kingdom Gone", będącego bodaj najciekawszą rzeczą jaką Phedora nagrała i pięciominutową zajawką tego, co grupa potrafi i co, mam nadzieję, będzie robić w przyszłości . "The House of Ink" stoi jednak przede wszystkim melodiami, a takie "One Breath Away", "Something To Lose", "Chasing Snowflakes" i "Paper Streets" to prawdziwe numery-petardy, przy których ciężko nie poczuć ciar na plecach i zacząć tupać do rytmu.

By nie było nudno zespół zabawia się z różnymi formami, i tak przykładowo w "Embers" pojawia się rap, w "Wish You'd Lie" melorecytacja, "Nevergreen" pokazuje bardziej uduchowione, nieomal kołysankowe oblicze Phedory, a wieńczący album "It Was Just A Dream" przenosi muzykę na grunt grania akustycznego. Prócz instrumentalistów, którzy trzymają się raczej jednego schematu kompozycyjnego i większość utworów opierają na podobnym szkielecie, doskonałą robotę odwala wokalista, Łukasz Kaźmierczak. To właśnie jego linie wokalne stanowią o sile formacji. Bardzo emocjonalne, wpadające w ucho, melodyjne, epatujące podniosłym klimatem i uroczo smutnawe - jest to śpiewak klasy światowej. Bo i powiedzmy sobie, że "The House Of Ink" swojej widowni powinien szukać raczej u tych młodszych odbiorców, niekoniecznie z mocnym makijażem i czarnymi koszulkami, ale na pewno zbuntowanych i mających na świeżo doświadczenia związane z odrzuceniem, złamanym sercem czy zdradzonym uczuciem. Zresztą nie jest to chyba żadna tajemnica, bo właśnie taką tematykę grupa Phedora na swoim koncept-albumie eksploruje.

Rzecz jednak w tym, że chłopaki grają dobrze, jak na debiut aż nadspodziewanie. "Atramentowy dom" to doprawdy światowej klasy amerykański rock alternatywny - kuriozalnie - rodem z Lublina z całą masą potężnych gitarowych riffów łagodzonych wstawkami klawiszowymi i znakomitych wokali, które składają się na zbiór rasowych, charakternych i wyrazistych przebojów. Fakt, że chłopaki sami musieli się wydać woła o pomstę do nieba. Czasami świetna muzyka z aspiracjami do podboju zachodnich rynków po prostu leży na lubelskim deptaku. Wystarczy tylko się schylić. Gdyby grupę wydał jakiś zachodni label zapewne ich utwory hulałyby po listach przebojów gdzieś pomiędzy RED i Linkin Park. Tymczasem u nas Phedora próbuje zarobić choćby na realizację teledysku sprzedając swą muzykę drogami cyfrowymi. Jeśli lubicie RED, Linkin Park czy 30 Second to Mars jest olbrzymia szansa, że spodoba się wam i "The House of Ink". W swojej kategorii album jest absolutnie rewelacyjny i mógłby podbić świat!

Grzegorz Bryk