Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / In Our Veins

In Our Veins - Lowtide

In Our Veins

Wykonawca:

Lowtide

Gatunek:

Metalcore

8 /10

Są w naszym kraju tacy, którym granie metalcore’a w ogóle się nie nudzi. Kiedy świat wieszczy martwicę gatunku i mariaż ze wszystkim co tylko nie metalowe, w Rzeczypospolitej wciąż goni się zachód.

Nie inaczej jest w przypadku Lowtide, naszej odpowiedzi na granie pokroju Stick To Your Guns, In Heart’s Wake i Show Your Teeth.

Chciałbym uniknąć porównywania Lowtide do innych zespołów, gdyż panowie w bardziej melodyjnym graniu, może mało odkrywczym ale wciąż pożądanym przez setki nieosłuchanych ludzi, radzą sobie naprawdę wyśmienicie. Co więcej, kwintet stara się upychać techniczne smaczki, miejscami wręcz popisując się warsztatem (solówki), co w tym wypadku jest ogromną zaletą, gdyż to co słyszymy  już w pierwszym utworze "Reborn" robi naprawdę piorunujące wrażenie. Poza tym, cieszy mnie dość umiejętne żonglowanie typowymi dla nurtu patentami i zbaczanie w stronę, jakby to ująć, normalnego metalowego grania, w tym przypadku ze szwedzkich rejonów. Tam gdzie dobra melodia nie brakuje też konkretnego wygaru i Lowtide może być tego najlepszym dowodem.

Obecnie omijam takie granie szerokim łukiem. Zmęczenie materiału i pretensjonalność przeważnie odrzucają mnie już po pierwszym odsłuchu, a tu proszę, nie dość, że Lowtide znienacka przypomnieli o swoim istnieniu, to jeszcze w taki sposób. Dziś spokojnie mogą grać z dużo większymi od siebie nazwami, a gdyby byli z Niemiec, pewnie już miałbyś ich koszulkę. Brzmieniowo "In Our Veins" broni się dynamiką i odpowiednim ciężarem, ale jeśli chodzi o szczegóły, a zwłaszcza o głośność blach, czy dość niefortunne brzmienie werbla, album zdecydowanie traci w oczach. No i największy minus, czyli wokal. W tej muzyce naprawdę ciężko o wyrazistych wokalistów, nie przeczę, Bart ryczy na co najmniej zadowalającym poziomie, ale robi to tak jednostajnie, że aż prosi się o to, aby chociaż spróbował zrobić coś innego, dosłownie cokolwiek. Mawiają, że zwycięskiego składu się nie zmienia, w tym wypadku Bart powinien wziąć sobie do serca chyba nie tylko moją radę i popracować nad sobą. Zakładam, że nie jest w tym zespole z przypadku, więc do dzieła. Na koncertach pewnie jest ogień, zresztą, to i tak nie lada wyczyn utrzymywać jedną barwę przez cały set, więc niech będzie, że wybaczam dostosowanie własnych umiejętności do miejscami bardzo gęstego materiału.

Przeciętny fan metalcocore’a zarzuci kapeli zbyt kurczowe trzymanie się średnio-szybkiego grania, tym bardziej, że nie brakuje miejsca zarówno na częstsze blasty jak i intensywne wykorzystanie podwójnej stopy. Mniemam jednak, że panowie po prostu mają taką a nie inną wizję metalcore’a i to ich zdecydowanie wyróżnia. Nie wplatane na siłę breakdowny i zrzynanie z Parkway Drive, a własna, choć niekoniecznie wybitnie oryginalna wizja tej muzyki.

Grzegorz "Chain" Pindor