Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Whatever Nevermind: A Tribute To Nirvana’s Nevermind

Whatever Nevermind: A Tribute To Nirvana’s Nevermind - Różni Wykonawcy

Whatever Nevermind: A Tribute To Nirvana’s Nevermind

Wykonawca:

Różni Wykonawcy

Gatunek:

Rock

9 /10

Początek lat dziewięćdziesiątych to czas niemałego fermentu w muzyce gitarowej. Death metal zaczynał wdrapywać się na swój szczyt popularności, a z podziemia już wydobywał się black metalowy swąd.

Nie zdążyliśmy nacieszyć się albumami Morbid Angel, Death, Entombed, Grave, Gorefest, Napalm Death czy Bolt Thrower, a już do wyobraźni zaczynały przemawiać takie nazwy jak Mayhem, Darkthrone, Burzum, Emperor czy Immortal. Nowojorski hardcore przebijał się do świadomości szerszej grupy słuchaczy za sprawą komercyjnego sukcesu Biohazard. Wreszcie do mainstreamu wdarli się muzycy z Seattle we flanelowych koszulach. Wszystko działo się w czasach, kiedy MTV była jeszcze stacją muzyczną. Soundgarden, Pearl Jam, Alice In Chains czy Nirvana mogli liczyć na emisje swoich klipów w prime timie, ale jak człowiekowi zależało można było trafić na klip Entombed, Carcass czy naszego Vadera (segment "Into The Pit w "Headbanger’s Ball).

Można być metalowym ortodoksem, albo chłopakiem w wyciągniętym swetrze, ale nie znam fana muzyki gitarowej, który by nie słyszał choć jednego numeru z "Nevermind". Album, który był małą rewolucją w muzycznym biznesie. Niezaprzeczalny sukces osiągnięty przez ludzi, którym prawdopodobnie nawet na tym nie zależało. Z pewnością nie zależało na tym liderowi Nirvany. Cobain nie udźwignął zamieszania wokół zespołu. Paradoksalnie, sukces odniesiony z Nirvaną przytłoczył go i zniszczył. To ciekawe, że tak bardzo przejmował się ktoś, kto tak naprawdę wszystko miał w dupie.

Robotic Empire przygotowało już drugi tribute album zawierający covery Nirvany. Wcześniej na tapetę trafiło "In Utero". Przyznam, że nie jestem fanem tego rodzaju wydawnictw, rzadko bowiem udaje się uzyskać intrygujący rezultat. Czasem wręcz mamy do czynienia z karykaturami oryginalnych kompozycji. Tym bardziej cieszy to, co zastaję na "Whatever Nevermind". Szefom wytwórni udało się zebrać śmietankę sceny alternatywnej. Niekoniecznie są to "duże" nazwy, ale w środowisku znane.  

Brendan Ekstrom, gitarzysta Circa Survive, powiedział, że nawet nie próbowali wymyślać na nowo "Drain You", które przypadło im do nagrania. Nie zastanawiali się, jakby brzmiał ten kawałek, gdyby oni sami go napisali. Postanowili po prostu pójść na żywioł i oddać cześć zespołowi, na którym się wychowali. Chcieli zrobić to tak, aby nie brzmiało pretensjonalnie. I takie podejście wygrywa na tym składaku, dzięki czemu zabawa, z punktu widzenia słuchacza, jest przednia. Wspomniany Circa Survive, La Dispute ("Polly"), Touche Amore ("Lounge Act"), Cave In ("Breed") czy Torche ("In Bloom) poszli właśnie tą drogą. Zaprezentowali bezpretensjonalne, żywe, wierne oryginałom wersje.

Inni postanowili nieco pokombinować, ale również z dobrym skutkiem, bo zachowali w tym mieszaniu umiar. Kylesa zagrała "Come As You Are" na spowolnionych obrotach. Przyjemnie snuje się akustyczne, emocjonalne "Something In The Way" w wykonaniu Nothing. Z kolei "Smells Like Teen Spirit" Young Widows w niczym nie przypomina oryginału. Ich noise rockowa wersja wypada chyba najciekawiej z tych, którzy postanowili odejść od oryginału. Blisko sytuuje się również sludge'owa wersja "Lithium" autorstwa Boris.

Piękną podróż do przeszłości fundują nam muzycy poszczególnych formacji. Nigdy się nie dowiemy, czy Nirvana przetrwałaby do dziś, gdyby Cobain wytrzymał ciśnienie. Co by grali, jak Cobain odnalazłby się w erze smartfonów, spotifajów i facebooka? Przetrwała jednak muzyka. Muzyka, która wciąż inspiruje.

Sebastian Urbańczyk