Kup Magazyn Gitarzysta

New Hell - Hatesphere

New Hell

Wykonawca:

Hatesphere

6 /10

Kilka lat temu, kiedy w składzie był jeszcze Jacob Bredahl, dysponujący jednym z najlepszych gardeł w thrash/death metalu, Hatesphere, koncertując m.in. u boku Behemoth, było u progu wielkiej, międzynarodowej kariery.

Jako zespół parający się dźwiękami raczej średnio popularnymi, wywindował melodyjną odsłonę brutalnej łupanki na wyżyny, co udało się raptem Cataract i Grekom z Revolting Breed. Po wspomnianej trasie coś w ekipie pękło i niedługo potem frontman opuścił szeregi formacji, a za nim dalsze 3/5 zespołu. Na placu boju pozostał jedynie Pep Hansen, gitarowy mózg całego przedsięwzięcia i trzeba mu przyznać, że miał (ma) jaja żeby dalej ciągnąć ten wózek.

Z czasem okazało się, że zmiany to coś, co stanie się trwałą bolączką trawiącą Hatesphere. Remedium na roszady personalne i znaczące różnice w wizji zespołu nie ma, nie było i nie będzie, o czym przekonały się całe zastępy muzykantów na całym świecie. Hansen dał się poznać jako człowiek kreatywny, ale trzymający swoich podopiecznych w mocnych, surowych ryzach. Najdobitniej przekonał się o tym jeden z najemników, skromny, sympatyczny Jonathan Albrechtsen, który godnie zastąpił Bredahla na "To The Nines". Ugiął się pod presją skromnego otoczenia i słuch o nim zaginął. Na jego miejsce wskoczył typowy metalcore’owy jegomość, znany z As We Fight Esben Hansen i grupa chcąc nie chcąc, wróciła do początków.

Dziś, kiedy Duńczycy wydają swój dziewiąty album, a trzeci z Esbenem za mikrofonem, dochodzę do wniosku, że o pierwotnej sile tej kapeli pamiętają jedynie najbardziej zagorzali fani. Na żywo pewnie nadal ścinają głowy, ale z płyty, nawet jeżeli odrobinę kombinują z brzmieniem i kładą większy nacisk na technikę, "New Hell" jest krążkiem do bólu przeciętnym, kompletnie nie wyróżniającym się na tle reszty wydawnictw, a co najważniejsze, nie zbliżającym się nawet na metr do dokonań z Bredahlem. Swoistym novum, mającym odmienić oblicze Hatesphere są poupychane niemal wszędzie blasty i quasi melo-death metalowe solówki. Pytam się, po co, skoro i tak nie słyszę tutaj żadnego nowego dźwięku, którego nie znałbym z, dajmy na to "The Sickness Within"? Co więcej, wycieczki w stronę ni to przebojowego, ni retro metalcore’a również nie dodają płycie animuszu, a absolutnym obłędem jest popisowa miniatura "On The Shores of Hell", jakby żywcem wyjęta ze starych płyt In Flames. Bez przesady.

Są jednak plusy. Mało wymagającemu słuchaczowi, nieobeznanemu z twórczością Hatesphere, ten album może się podobać. Jak zwykle otrzymujemy dawkę potężnych koncertowych killerów, napędzanych przez typowe dla zespołu umpa-umpa i potężny ryk wokalisty. Dodajmy do tego przyzwoite sola i zgrabnie wplatane melodia i dzieciaki będą kupione. Dziesięć lat temu pewnie wystawiłbym tej płycie pomnik. Dziś odpuszczam.

Grzegorz "Chain" Pindor