Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Head Full of Dreams

A Head Full of Dreams - Coldplay

A Head Full of Dreams

Wykonawca:

Coldplay

Gatunek:

Pop rock

7 /10

Jeszcze przed wydaniem "Ghost Stories" ponad rok temu, mówiło się o możliwym rozpadzie Coldplay.

Świat z pewnością straciłby jeden z lepszych zespołów w kategorii łatwo przyswajalnego rocka, a obecnie popu, a słuchacze i fani niewątpliwie odczuliby stratę z niepotrzebną nawiązką. Stało się inaczej, grupa żywa, koncertuje, nadal wydaje albumy tylko, cóż, straciła pomysł na siebie, a już na pewno na to, jak posługiwać się gitarą elektryczną nie tylko dla tła kompozycji.

Następca "Ghost Stories", zatytułowany "A Head Full of Dreams" to odejście od sennego, mrocznego konceptu spajającego kompozycje sprzed mniej niż dwóch lat. Ta krótka przerwa pomiędzy albumami to bicz, który muzycy sami na siebie ukręcili. Zbyt szybka premiera nowych utworów mogła i rzeczywiście doprowadziła do skrajnej oceny przez najbardziej zainteresowanych. Dlaczego? Z prostej przyczyny: Coldplay wesoły, szukający inspiracji w r&b i tanecznym popie, to zespół inny i niestety nie mający nic wspólnego z twórcami "Parachutes". Od czasu nowych, mainstreamowych stadionowych przebojów pokroju "Viva La Vida", zmieniło się wystarczająco dużo, aby kolejne próby odejścia od rocka (np. na rzecz funka w "Adventures of A Lifetime") przyjmować z pokorą, ale żeby aż tak?

Zastanawiam się, czy krok w kierunku dyskotekowych rejonów, gdzie zawartość "tęczowego albumu" można by puścić obok Metronomy, to wynik rynkowej kalkulacji, wewnętrznej przemiany Martina ze smutasa w imprezowicza , czy może rezultat pracy z niewłaściwym producentem. Nie chcę, żebyście odbierali ten tekst jako atak na Brytyjczyków, ale coś w tej układance jest nie na miejscu, mimo iż zespół wspomaga między innymi Beyonce i Tove Lo i nóżka sama tupie, melodie są aż do bólu proste, cukierkowe i w kategorii "jednego z największych zespołów świata", zwyczajnie nie do przyjęcia. Co za dużo to nie zdrowo i "A Head Full of Dreams" jest dowodem na to,  że w muzyce o przesyt nietrudno, nawet gdy próbujemy przypodobać się fanom, wracając na znane rejony ("Amazing Day").

Wierni zwolennicy Coldplay mają przed sobą niemałą zagwozdkę. Dać ulubieńcom szansę i przekonać się o potędze ich brzmienia na festiwalach pełnych panien z kwiatami we włosach i pięknych chłopców, którzy lubią tańczyć do prostej muzyki, czy spuścić zasłonę milczenia, która winna spowić replikę okładki "Sempiternal" Bring Me The Horizon. Paradoksalnie w jednym i drugim przypadku wybór może okazać się słuszny i nikt nie będzie miał do nikogo pretensji. Ja sugeruję opcję pierwszą, ale z dużą dozą kredytu zaufania. Nowy krążek Brytyjczyków cieszy doskonałym brzmieniem i łatwo przyswajalnymi refrenami. Po czasie nawet "Kaleidoscope" zaczyna wwiercać się w pamięć, a głos Martina wciąż pozostaje czarujący. Czyli jestem fanem.

Grzegorz "Chain" Pindor