Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Prometheus - Symphonia Ignis Divinus

Prometheus - Symphonia Ignis Divinus - Luca Turilli’s Rhapsody

Prometheus - Symphonia Ignis Divinus

Wykonawca:

Luca Turilli’s Rhapsody

Gatunek:

Power metal

7 /10

Jeszcze do niedawna mózg włoskiego Rhapsody (of Fire), przez blisko dwadzieścia lat swojej kariery, marzył o tym, aby nagrać heavy metalowy album jak najbliższy ścieżce dźwiękowej do filmu fantasy.

Jak dotąd nie udało się to twórcom power metalowych oper, i nie mam tu na myśli Tobiasa Sammeta i jego Avantasia, a niszowe projekty, jak genialne Final Chapter, o którym dziś próżno szukać informacji w mediach muzycznych. Ubiegły rok obrodził w wydawnictwa tego typu i choć znakomita ich większość, skupiająca nazwiska z, umówmy się, drugiej lub trzeciej ligi nie ima się dokonaniom Sammeta i bohatera tego tekstu, wszystkim przyświeca jeden cel - oczarować słuchacza wielowątkową historią.

Na nieszczęście Turilli’ego, "Prometheus - Symphonia Ignis Divinus" jest tylko imitacją epickiej ścieżki dźwiękowej. Nieważne, kto by tu śpiewał i/lub siedział za garami, słychać, że to nic innego jak doskonale znane (i niekoniecznie przez wszystkich lubiane) Rhapsody. Poziom aranżacyjny, wykorzystanie rozmaitych skal z naciskiem na coraz częstsze wycieczki w stronę orientu, czy wreszcie klasyczny dla tego zespołu klimat w połączeniu z nośnymi melodiami, nie mogą kojarzyć się z niczym innym i, szczerze mówiąc, muzycy macierzystego zespołu power metalowego wizjonera mogą pluć sobie w brodę, że pozwolili mu odejść. Jak dotąd Luca nie narzeka na brak aktywności swojej kapeli, a rok 2016 przyniesie nam jej wizytę w Polsce.

Album ma jednak kilka zasadniczych wad. O ile w przypadku Rhapsody (of Fire) zawsze śmiano się z opowieści o rycerzach i smokach, były to naprawdę spójne i z perspektywy fana gatunku, przystępne i łatwo wpadające w ucho historie. Najnowsza inkarnacja Luca Turilli to znaczące odstępstwo od reguły, bo danie główne jest, delikatnie mówiąc, zlepkiem nic nie znaczących, ani nie wnoszących opowiastek z gatunki sci-fi. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby Alessandro Conti opowiadał o międzywymiarowych podróżach wyłącznie w języku włoskim, co zresztą czyni w najmniej udanych utworach na płycie. Nikt nie poczułby różnicy, a może wyszło by im to na dobre.     

Numer dwa, to kompletnie nietrafieni goście, i z całym szacunkiem dla Ralfa Scheepersa z bardzo lubianego w Polsce Primal Fear, power metalowe symfonie powinny na niego działać jak płachta na byka. Angaż przy tak bombastycznym dziele to jedna z jego najgorszych decyzji w ponad dwudziestoletniej karierze. Nie lepiej jest z Davidem Readmanem ze słusznie nieobecnego w mediach Pink Cream 69, który pełni rolę wokalu kontrastującego dla Contiego, co wypada wprost komicznie.

Numer trzy - produkcja. 50 dni samego miksu, blisko rok pracy z nagraniami i komponowaniem, a krążek, nawet jak na obecne standardy, przy całej tej epickości, uwypukleniu dwóch specjalnie zaproszonych chórów i muzyków orkiestry brzmi tak sztucznie, jak płyty Yngwiego Malmsteena. Liczy się technika i popisy lidera grupy, a co za tym idzie, brak w "Symphonia Ignis Divinus" oddechu, miejsca na przystopowanie w tej szalonej podróży. Komu to nie przeszkadza, ten będzie bił przed Włochami pokłony.

Grzegorz "Chain" Pindor