Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Gamble for a Rose

Gamble for a Rose - King Charles

Gamble for a Rose

Wykonawca:

King Charles

Gatunek:

Indie pop

5 /10

Jeśli nazwa "king charles" kojarzyła się wam do tej pory z odmianą spaniela, to prawdopodobnie nic się w tej kwestii nie zmieni.

Nie będę suponował, że King Charles spoglądający kokieteryjnie z okładki rzeczywiście nieco przypomina spaniela. Powiem, że w swojej scenicznej postaci kojarzy się raczej z XXI wieczną, wegetariańską (jestem pewien, że jarmuż wcina obsesyjnie, garściami) i hipsterską wersją Marca Bolana. Tyle że pochodzący z Londynu Charles Costa, bo tak się muzyk rzeczywiście nazywa, stylistycznie z glam rockiem nie ma wiele wspólnego. Na swoim drugim albumie kontynuuje drogę po świecie pop-folku i indie. Bliżej mu raczej do twórczości Damiena Rice'a, choć bez wątpienia brakuje King Charlsowi takiej muzycznej wrażliwości jaką dysponuje Rice. Fakt, "Gamble for a Rose" na swój sposób to materiał czarujący, wyciszony i intymny. Przesiąknięty manierą nadwrażliwego chłopca z wielkiego miasta tęskniącego za spokojem przedmieścia, z tym małym zastrzeżeniem, że muzyce brak jednak takiej charyzmy jaką dysponuje Rice, Johnny Flynn, Glen Hansard czy nawet nasz Fismoll. Cóż z tego, że utwory King Charlesa serwują ciepłe i rzewne melodyjki, jeśli zamiast uderzać w rozczulające struny, snują się z głośników bez wyraźnego charakteru.

Całe szczęście, że Charles jest całkiem sprawnym gitarzystą i to właśnie gitarowe popisy ratują krążek przed bezpłciowością. Nie żeby było ich znowu zatrzęsienie, ale gdy już się pojawiają i wychodzą poza schemat indie rockowych kołysanek, robi się dużo ciekawiej (choćby w tytułowym "Gamble For A Rose" z surf-rockową gitarą, "St Peter's Gate" gdzie Charles delikatnie bluesuje, w "Tomorrow's Fool" podgrywa nawet na hard rockowo, a w "Coco Chitty" pomaga sobie wah-wahem). Niestety, poza nielicznymi wyjątkami płyta brzmi jak dziesiątki innych indie rockowych krążków wydawanych każdego miesiąca, a bardzo by się chciało, by King Charles czymś się wyróżniał, i nie mam tu na myśli specyficznej fryzury, tymczasem nawet na własnej płycie powiela pomysły z poprzedniej piosenki, przez co materiał staje się drażliwie powtarzalny.

Nie żeby "Gamble for a Rose" była płytą złą, fanom indie rocka i pop-folku na pewno się spodoba. Sęk w tym, że jej jednoznaczna przeciętność na dłuższą metę jest męcząca. Indie stał się tak oszałamiająco popularnym gatunkiem, że w natłoku bandów i solowych artystów, ciężko wyłuskać talent pierwszej kategorii w tak spranej stylistyce. Płyty King Charlesa słucha się miło, ale równie szybko o niej zapomina. Szkoda.

Grzegorz Bryk

http://polkazwinylami.blogspot.com/