Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Dies Irae

Dies Irae - Bruno Światłocień

Dies Irae

Wykonawca:

Bruno Światłocień

Gatunek:

New wave

8 /10

I światło, i cień. Bronisław Bruno Ehrlich znajduje się w wysokiej formie twórczej, o czym świadczy album "Dies Irae".

Trzecie duże dzieło w dyskografii Bruno Światłocień to rezultat mrocznych natchnień, inspiracji i objawień muzyka i poety. Bronisław Ehrlich jest postacią nietuzinkową - tworzy w zasadzie sam, zaś koncertuje z grupą muzyków o równie nietypowych osobowościach. Tak oto wszystko, co ma związek z Ehrlichem i Bruno Światłocień, wydaje się owiane aurą niepokojącej tajemnicy. Nie inaczej jest w przypadku "Dies Irae", krążka osadzonego w odmętach ambientu i new wave'u, trudnego, sprowadzającego słuchacza na popioły wyobrażeń, a nade wszystko depresyjnego i ostatecznego, jak w najbardziej upadłych post-rockowych wizjach.

Dzień gniewu, zaproponowany przez Bruno Światłocień w charakterystycznej ambientowej formule, zawiera w sumie dziewięć kompozycji. Dominują tu przestrzenie. Długie fragmenty elektronicznych wędrówek Bronisława Ehrlicha, które okazują się często nieodporne na potępione gitarowe riffty, jakby fragmentaryczne i niedokończone, a także na wyrafinowane instrumenty klawiszowe, nadające owym przestrzeniom apokaliptycznego posmaku. Taki obrót muzycznych kreacji Bruno Światłocień sprawnie oddają choćby utwory "Bliżej", "Apogeum Bólu" (świetna korzenna gitara), "Dziś Idę Walczyć Mamo", "Dezerter" albo "Fobie" (krzyki, rozpacz, dramaty!) - rzeczy niepozbawione narracji, ale przede wszystkim wędrujące na instrumentach, narkotycznie elektroniczne, urozmaicane dziwactwem dźwięków i wreszcie skłaniające do zadania sobie najbardziej demonicznego pytania o sens egzystencji. Brrr! Gdzie moja trumna?!

"Dies Irae" to w każdym razie przykład muzycznej antykonwencji. Raz po razie, w każdym kolejnym utworze, czyhają różne pułapki zastawione na potulną świadomość słuchaczy. Weźmy pod uwagę kompozycję tytułową, która została oparta na wiodącym motywie pogrzebowym, otwierającym przed słuchaczem prawie czternastominutowe wrota strachu. To w zasadzie nawet nie motyw pogrzebowy, co możliwość odesłania się do poziomu truposza w zabitej dechami trumnie. Ja przynajmniej w taki sposób wyobrażam sobie soundtrack do wypoczynku na wyścielonym atłasem łożu ostateczności. Interesujące, że kompozycja "Dies Irae" pomimo swej trupiej jednostajności charakteryzuje się takim ładunkiem hipnotyczności, który rozlewa się wraz z zasychającym z wolna obiegiem krwi po ciele i duszy - nie sposób się oderwać! A na albumie wyłania się także minimalizm, właściwy depresyjnemu Ehrlichowi zestaw gasnących dźwięków i schowanego za londyńską mgłą wokalu w kompozycji "Płonąca Dusza" podobnie zresztą jak na nutach nokturna "Trauma".

Muszę też dodać, że w zawartości "Dies Irae" ważne okazują się słowa. Wyznania Bronisława Ehrlicha zawarte w utworze "Bliżej" okazują się wstrząsającym zapisem żałobnych przeżyć nad ciałem jakiegoś nieszczęśnika, zaś "Płonąca Dusza" opowiada o życiu, które dobiega końca. Są tu także pierwiastki narodowe, pochwała etosu polskiego żołnierza i postaw przyjmowanych przez heroicznych Polaków, a zarazem krytyka czerwonego i czarnego wyobrażenia rzeczywistości - o tym mówi przejmująca kompozycja "Dziś Idę Walczyć Mamo", do której słowa wyjątkowo napisał tragicznie zmarły polski powstaniec Józef "Ziuta" Szczepański. Mówi też "Dezerter", tym razem autorstwa Ehrlicha, jak wszystkie inne teksty ponad wymienionym. Każdorazowo słowa wyśpiewane, czasem niemalże wyrecytowane przez Ehrlicha nie są bynajmniej balsamem dla duszy, ale trucizną, która albo stworzy w słuchaczu refleksje, albo ułatwi mu samobójstwo.

"Dies Irae" to kolejny bardzo udany album Bruno Światłocień. Kolejna blizna na duszy Bronisława Ehrlicha. Nie sądzę przy tym, aby tego typu muzyka miała szansę przebić się do masowej świadomości, ponieważ jej przytłaczająca wymowa powinna gromadzić specyficzne charaktery - fanów ambientu, new wave'u, myślicieli, filozofów, sympatyków życia i umierania, ludzi uduchowionych, a także gotowych otworzyć sobie żyły...

Konrad Sebastian Morawski