Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Few More Days to Go

Few More Days to Go - Fufanu

Few More Days to Go

Wykonawca:

Fufanu

6 /10

Przybyli do nas z mroźnej i skrytej przed cywilizacją Islandii. Jako że zewsząd otacza ich Ocean Atlantycki, to przybyli na fali. Zimnej fali.

Ponoć nad muzyką dwóch Einarssonów rodem z Reykjavíku, Kaktusa i Guolaugura, zachwycił się sam "Rolling Stones", a ciepłym słówkiem uraczył ich Brian Eno. Całkiem zacny dorobek jak na islandzką grupę, która wydała do tej pory singla i EPkę "Adjust To The Light". Na pewno wystarczający, by puścić w świat coś większego, dajmy na to, debiutancki album. Tym sposobem po odtwarzaczach i pod igłami gramofonów zaczął hulać "Few More Days to Go". I o ile można zrozumieć zachwyty Briana Eno, to jednak duetowi nie wróżę zbyt wielkiej kariery wśród polskich odbiorców.

Panowie grają alternatywnego rocka ortodoksyjnie nieomal zatopionego w zimnofalowej, stalowo posępnej atmosferze. Nie żeby było to złe, wręcz przeciwnie, jest to muzyka pierwszorzędnie skonstruowana, zmajstrowana doprawdy wybornie i pełna ciekawych brzmieniowych konceptów. Dudniące neurotycznie pianino, zmyślnie zaprogramowana sekcja, ambientowe tła syntezatorów spajające całość, a do tego przybrudzone gitary i wycofany, fałszujący wokal. Einarssonowie potrafią tworzyć wyjątkowo spójną, mroźną atmosferę, bardzo często popadającą w stany bliskie psychodelii. Pamiętajmy jednak, że cold wave to wyjątkowo sprana stylistyka, a Fufanu niejednokrotnie nawiązują do post-punkowych Joy Division i Bauhaus, by zahaczyć też o elektronikę spod znaku najbardziej zimnofalowych numerów Depeche Mode. O fenomenie Fufanu można by mówić chyba tylko w momencie, gdyby odnaleźć niepodważalne fakty, że Islandia na przełomie lat '70 i '80 straciła całkowity kontakt ze światem i ominęła ich epoka wszelkiej maści wave'ów. W innym przypadku mamy co najwyżej do czynienia ze sprawną wtórnością i odkopywaniem skostniałych stylistyk.

Daleki jestem oczywiście od zabraniania komukolwiek grania rzeczy na jakie mają ochotę. Tym bardziej, że przecież jest całkiem spore grono słuchaczy, w których żyłach płynie zmarznięta krew, a dojmująca atmosfera jest stanem naturalnym. Nie w tym sęk. Rozchodzi się raczej o to, że u nas takie Fufanu raczej nie zaistnieje, choćby z tego względu, że Polacy od dawna nie mają czasu na pochłanianie "elitarnych" i kierowanych do wąskiej grupy odbiorców stylistyk. Niemniej mruki i fani Joy Division mogą śmiało zasmakować w islandzkich wyrobach. A nuż posmakuje.

Grzegorz Bryk