Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Anxiety Never Descending

Anxiety Never Descending - Kult Mogił

Anxiety Never Descending

Wykonawca:

Kult Mogił

Gatunek:

Death metal

7 /10

Kult Mogił. Nie dość, że nazwa to swojska, to jeszcze idealnie oddająca ducha debiutanckiego albumu "Anxiety Never Descending". W grobowym świecie słońce nie wschodzi nigdy.

Enigmatyczne trio z Tarnowa, poza wyborem całkiem chwytliwego i - co ostatnio nierzadkie - polskojęzycznego szyldu, postarało się również o właściwą aurę tajemniczości. Na zdjęciach muzycy nie epatują facjatami, a ich tożsamość skrywają pseudonimy, choć tajemnicą poliszynela jest, że w zespół zaangażowana jest szara eminencja tarnowskiej metalowej sceny - Ataman Tolovy. Do kompletu brak tylko tekstów w rodzimym języku (jest jeden, do kawałka "Początek wrażeń"), których wielu przedstawicieli polskiego undergroundu (a bardziej patriotycznie - podziemia) już nie unika, i tym sposobem Kult Mogił zrobił sporo, by już na starcie ustawić się po właściwej, zgodnej z duchem czasu stronie deathmetalowej barykady.

Death metal to jednak bardzo ogólne określenie, zwłaszcza w odniesieniu do "Anxiety Never Descending", który proponuje dźwięki nie takie znów typowe i niezbyt na naszym podwórku częste. I nie chodzi tu jedynie o fakt, że gdy trzeba zespół czerpie również z black metalu czy doomu, a bardziej o duszną atmosferę i ogólny charakter kompozycji, który sytuuje Kult Mogił gdzieś na styku twórczości pokręconych ekip z Portal czy Mitochondrion i grobowo-surowych oldschoolowych kapel w rodzaju Necros Christos, Dead Congregation czy Grave Miasma wraz z ich głównymi inspiracjami spod szyldu Hellhammer/Celtic Frost.

"Anxiety Never Descending" nie jest zatem opartym na wyraźnej linii melodycznej umpa-umpa death metalem, który wchodzi gładko, łatwo i przyjemnie, dzięki czemu świetnie może nadawać się na przykład jako podkład pod smażenie jajecznicy. Nic z tych rzeczy, Kult Mogił serwuje słuchaczowi 39-minutową ścieżkę zdrowia, z upodobaniem rzucając mu kłody pod nogi. Zmusza do całkiem męczącego wysiłku, serwuje nieoczywiste rozwiązania i z pewnością nie dba o produkowanie motywów, które można sobie później zanucić podczas spaceru cmentarną aleją. Na tym obszarze bliżej kapeli do naszych wiecznie kombinujących przedstawicieli black metalu, nic więc dziwnego, że "Anxiety Never Descending" przyswaja naprawdę sporo z tego gatunku.

Recepta Kultu Mogił jest całkiem prosta - połamać trochę struktury kawałków, daleko jednak odchodząc od szalonych techników, łamiących sobie palce na gryfie; całkowicie odrzucić konwencjonalną, deathmetalową brutalność, a w zamian postawić na atmosferę, czy bardziej poetycko - mistyczną aurę, odpowiedni, autentycznie doomowy ciężar i uroczo oldschoolowy smród rozkopanego grobu. Póki co, wszystkie te elementy są dość zbalansowane, a niektóre pomysły, choćby partia akordeonu w "The Width of a Forehead" używane ostrożnie.

Trudno przewidzieć, jak to się dalej potoczy, możliwy jest zarówno spacer w kierunku dalej idącej kombinatoryki, jak i uproszczenia kompozycji. Zamykający album "Palliative Messiah", a przynajmniej jego początkowa doommetalowa część pokazuje, jak mogłoby to wyglądać w przyszłości. I szczerze mówiąc, właśnie to prostsze, najcięższe oblicze Kultu Mogił przemawia do mnie najbardziej. "Anxiety Never Descending" to solidny kawałek chropowatego, brudnego, anty-melodyjnego death metalu. Ja jestem na tak.

Szymon Kubicki