Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Beautiful Lowdown

The Beautiful Lowdown - Curtis Salgado

The Beautiful Lowdown

Wykonawca:

Curtis Salgado

Gatunek:

Blues

7 /10

Każda kolejna płyta muzyka z Portland sprawia, że coraz bardziej marzę, by zamieszkać w tym mieście.

Pozwolę sobie zacząć od prywatnych wynurzeń: największe miasto Oregonu to moje ulubione amerykańskie miasto, mimo że - a jakże - ani razu w nim nie byłem. Powodu? Och, całe mnóstwo! Klub koszykarski Trail Blazers, któremu kibicuję od dziecka, Stephen King - jeden z moich ulubionych pisarzy (tak, to obywatel tego miasta), piwo - Portland to miasto o największej liczbie kraftowych browarów. Wreszcie muzyka i to w każdym stylu. Pop, rock, alternatywa, metal, jazz, elektronika czy blues - mieszkańcy Portland są czołowymi reprezentantami wszystkich wymienionych.

Curtis Salgado od lat wyśpiewuje bluesa połączonego z soulem. Jest jednym z tych białasów, którym autentycznie wierzę, gdy mierzą się z na wskroś przesiąkniętym historią czarnej społeczności USA gatunkiem. Niby wokalnie bliżej mu do, powiedzmy, Roya Orbisona niż Muddy'ego Watersa lub Otisa Reddinga, jednak nadrabia żarliwością.

Co więcej, i najnowsza płyta artysty "The Beautiful Lowdown" jest tego najlepszym potwierdzeniem, Salgado to muzyk otwarty, nie trzymający się kurczowo sztywnych ram bluesa. Dzięki temu jego piosenki - mimo że mało oryginalne w odniesieniu do historii stylu - niosą powiew świeżości, trzymają przez cały album w napięciu.

Na "The Beautiful Lowdown" Curtis kłania się w pas brytyjskiemu podejściu do bluesa, bardzo piosenkowemu, rozbudowanemu aranżacyjnie, z wiodącą rolą gitar, ale i wstawkami dęciaków, klawiszy, w tym elektrycznych. Odniesień do Mayalla czy Claptona nie sposób nie zauważyć.

W zestawie 12 utworów najbardziej podoba mi się radiowy blues-soul "Walk A Mile In My Blues", mnie osobiście kojarzący się z utworami J.J. Cale'a, które później rozsławiał Eric C. Świetnie buja doo-woop "My Girlfriend", atmosferą dusznych klubów Nowego Jorku przesiąknięty jest jazzujący "I'm Not Made That Made". Tylko reggae "Simple Enough" pasuje tu jak pięść do nosa i burzy mi pozytywny odbiór albumu.

Co nie zmienia faktu, że Curtisa Salgado szanuję i słucham z równą atencją, co kilkanaście lat temu przy pierwszym kontakcie. I żyję nadzieją, że być może spotkam go kiedyś na ulicach Portland.

Jurek Gibadło