Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Metal Resistance

Metal Resistance - Babymetal

Metal Resistance

Wykonawca:

Babymetal

Gatunek:

Pop metal

1 /10

Liczyłem na dobrą zabawę. Wiecie, jak wtedy gdy siada się z piwkiem do Godzilli. Albo B-klasowych horrorów. Ma być zabawowo, do pochichrania, że takie to durne i takie głupiutkie. Boki zrywać, chamsko się odintelektualnić, mózg wyłączyć, myśl wyplewić.

Lubię takie projekty. Z kiczowatymi melodiami, przekolorowanym pomysłem - coś jak w glam rocku. Albo w hard rocku lat '80, gdy rządziły wszędobylskie syntezatory, a natapirowane włosy były ważniejsze od idei. O czym my tu zresztą gadamy, jakiej znowu idei? Rozchodzi się o kicz, jak w tych wszystkich melodyjnych metalach z kina kopanego. Tylko że dobry kicz trzeba umieć robić. Chodzi o to, by z Godzilli nie zrobiło się Power Rangers, bo wtedy to już zły kicz. Mało tego. Wtedy wpada się w totalne bezguście. W tworzeniu kiczu najważniejsza jest świadomość, że robi się kicz. Gdy robisz to nieświadomie, to w istocie jesteś bezguściem. I z całą stanowczością trzeba stwierdzić, że Babymetal to nie jest dobry kicz. To kicz najgorszy z możliwych.

A przecież jaki w tym był potencjał! Trzy dziewczynki (żeby się nikt nie pomylił, że grają metal nazwano je kolejno: Su-metal, Yuimetal, Moametal) w wieku nie przekraczającym 18 lat miały w najlepsze tańcować i śpiewać do metalowego podkładu. Bomba! Lepsze jak Arka Noego. Pomysł genialny, by zrobić muzyczną Godzillę. Ale ktoś - pewnie producent, który trzepie z projektu wielką kasę, bo przecież nie niepełnoletnie dziewczynki - wykoncypował, że zrobi to na poważnie. Podkradli powermetalowe podkłady rodem z Dragonforce, w sumie wszystkie takie same, jakby żywcem rąbnięte z "Through The Fire And Flames" (tylko ostatni ma coś w sobie z kuglarstwa Dream Theater), i kazali na nich śpiewać Alvinowi i wiewiórkom. Instrumentalnie jest mega poważnie, więc gdyby wpuścić na wokal ZP Thearta albo Alexi Laihona to byłby rasowy power metal - taki ze zwinnymi paluszkami, syntezatorami i pokładami muzycznej wiochy. We wspomnianym ostatnim kawałku kapitalnie sprawdziłby się James LaBrie. Tyle że śpiewają te nieszczęsne wiewiórki i nijak to do siebie nie pasuje. Instrumentaliści swoje, a wiewiórki swoje. Wydaje się, że czasem nawet nie do rytmu. Jakby śpiewały do innej piosenki, a przecież tu wszystko powinno się nawzajem napędzać i uzupełniać. Samograj.

Słucham płyty i czekam choć na jeden dobry kicz, i nic. Nie ma. Aż piwo zwietrzało. Ponad 50 minut muzyki, 12 numerów i ani jednego, który by choćby rozbawił, do którego by choćby nóżka drgnęła, ni sekundki dobrej melodii. Nic. A przecież nie oczekiwałem jakiegoś true metalu. Chciałem tylko muzycznej wioski do żwawego pogo i pochichrania się pod nosem. Jakiegoś metalowego "Never Ending Story". Satanistyczną wersję Fasolek. Komercyjnego produktu, który można by puścić dzieciakowi zamiast "The Final Countdown". Jakiejś chamskiej papki. Nie dostałem nawet tego.

To nie jest tak złe, że aż dobre - jak się zwykło mawiać o kinie B-klasy. To jest po prostu bezgustowne, tragiczne i źle zrobione. Absolutnie odradzam, nie polecam, niech się Japończycy tym udławią. A w ogóle to mnie proszę z tego cyrku wypisać, proszę mi zmienić piaskownicę. Daję 1/10, bo chyba nawet Isabell 'Issa' Oversveen nagrywa lepsze płyty.

Grzegorz Bryk