Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Promised Land Or Bust

Promised Land Or Bust - Moreland & Arbuckle

Promised Land Or Bust

Wykonawca:

Moreland & Arbuckle

Gatunek:

Blues rock

7 /10

Panowie Moreland i Arbuckle, regularnie odwiedzający Polskę z koncertami, powrócili z siódmym albumem, a zarazem pierwszym wydanym pod szyldem kultowej wytwórni Alligator.

Być może tym samym amerykańskie trio dotarło wreszcie do swej ziemi obiecanej, choć przecież Telarc, ich poprzedni wydawca, do słabeuszy z pewnością nie należy. Świętujący 45-lecie istnienia Alligator, mający w ofercie zastępy nobliwych i niejednokrotnie bardzo dojrzałych wykonawców, być może w nadziei na przyciągnięcie nieco bardziej zróżnicowanej grupy słuchaczy, sięgnął po wyraźnie rockujący Moreland & Arbuckle. Rzeczywiście, "Promised Land Or Bust" jest krążkiem, który wnosi sporo świeżości i młodości (42 lata Aarona Morelanda to przecież w bluesowym świecie ledwie przedszkole) do katalogu wydawcy z krokodylim logo. Inna sprawa, że trio wciąż nie jest w stanie oddać na płycie choćby większej części żywiołowej energii, jaka wyróżnia występy na żywo. Pod tym względem najnowsza płyta wyraźnego przełomu nie przynosi i wydaje się, że w tej kwestii ziemia obiecana w dalszym ciągu przed nimi. A może wcale nie taki jest cel zespołu?

Niech nie zwiedzie nikogo nazwisko Matta Baylesa, producenta, który ma na koncie współpracę z takimi kapelami, jak m.in. Isis, The Sword, czy Mastodon oraz takie muzyczne nokauty jak na przykład "Leviathan" - perfekcyjne dzieło ostatniego z wymienionych. Moreland & Arbuckle absolutnie nie mają zamiaru podążać w takim kierunku, pozostając w ramach bezpiecznej stylistyki i udanie łącząc oszlifowany rock, blues i korzenne granie, czasem aż za bardzo zalatujące tancbudą dla kowbojów gdzieś na południu Stanów. "Świadomie wróciliśmy do miejsca, w którym zaczynaliśmy, co zaprowadziło nas w całkiem nowe rejony" - mówili muzycy, co zresztą znajduje pewne odzwierciedlenie w wyborze jednego z cudzesów na płycie - klasycznego, ogrywanego przez dziesiątki muzyków bluesowego standardu Slima Harpo "I'm a King Bee".

Bardzo dobry początek albumu to jednak rockowa przejażdżka, podczas której słuchacz ma ochotę docisnąć gaz do dechy, szczególnie podczas żwawego, drugiego w trackliście "Mean and Evil", opartego na perkusyjnej galopadzie Kendalla Newby i okraszonego świetnymi partiami harmonijki Dustina Arbuckle. Nie ukrywam, że taka odsłona trio podoba mi się najbardziej i trochę szkoda, że nie jest tu ona eksponowana częściej. Zarzutów nie można postawić jednak i innymi rockowym kawałkom z tej części płyty - chwytliwemu "Take Me With You (When You Go)", ciężkiemu, ale też bujającemu "Hannah", w którym znalazło się kilka nutek niemal wyjętych z "Whole Lotta Love", wreszcie "When the Lights Are Burning Low". Ten świetnie poprowadzony, gitarowy utwór z wpadającym w ucho refrenem spokojnie mógłby znaleźć się w repertuarze wielu współczesnych (retro) rockowych składów. Chciałbym usłyszeć go choćby w wykonaniu Rival Sons - to byłaby prawdziwa petarda.

Później - przynajmniej z mojej perspektywy - z "Promised Land Or Bust" bywa różnie, zwłaszcza wtedy, gdy zespół sięga po przaśne country. Tytuł napisanego przez Lee McBee "Woman Down in Arkansas" dobrze oddaje charakter tego kawałka. Wystarczy ledwie przymknąć oczy, by dosłownie znaleźć się w udekorowanym drewnem barze - jedynej atrakcji jakiejś zabitej dechami amerykańskiej dziury - w którym panowie w kraciastych koszulach i kowbojskich kapeluszach piją burbona lub piwo i grają w bilard, jednym uchem słuchając miejscowej kapeli - w tym wypadku Moreland & Arbuckle. Bardzo filmowy to stereotyp, ale przy takich utworach nie jestem w stanie mu się oprzeć. Drugi i ostatni minus to płaczliwa i skrajnie redneckowa ballada "Mount Comfort", która z pewnością nie jest moim ulubionym dokonaniem twórczego duetu. Zresztą z balladowym klimatem trio nieco lepiej poradziło sobie w akustycznym "Waco Avenue".

Pozostałe kawałki trzymają już jednak wysoki, równy poziom, nawet jeśli - tak jak w przypadku wspomnianego "I'm a King Bee" - nie wnoszą niczego nowego. Inna sprawa, że czasem także wnoszą - "Why’d She Have to Go (And Let Me Down)" z partią pianina oraz głaskanymi miotełkami szeleszczącymi bębnami to naprawdę bardzo interesujące zakończenie płyty.

"Promised Land Or Bust" to mocno zróżnicowany album z utworami ocierającymi się o różne stylistyki. Zazwyczaj wychodzi to Moreland & Arbuckle na plus, czasem jednak nie do końca. Tak czy owak, nie zmienia to faktu, że trio popisało się solidnym krążkiem. I bez wątpienia ma powody do zadowolenia z takiego debiutu w barwach Alligator.

Szymon Kubicki