Kup Magazyn Gitarzysta

Gore - Deftones

Gore

Wykonawca:

Deftones

8 /10

Słyszałem opinie, że Deftones to takie Iron Maiden nu-metalu - non stop gra to samo. Jeśli tak, to "Gore" jest ich "Seventh Son of a Seventh Son".

Niby nikt nie lubi szufladkowania i porównywania do innych, ale nie trzeba być przesadnie spostrzegawczym, by zauważyć, że wszyscy to robimy. Na tę okoliczność Deftones już dobrych kilka lat temu wylądowało w jednym w worze z zespołami, które w kółko nagrywają jedną płytę. Polemizowałbym, ale nie mam na to czasu i ochoty.

"Gore" na pierwszy rzut ucha nie różni się od poprzedniczek. Dalej na pierwszym planie mamy zawodzący wokal Chino Moreno (czasami oczywiście trochę powrzeszczy), nadal Stephen Carpenter szyje riffy na obniżonym stroju, Frank Delgado ubogaca brzmienie elektroniką, a sekcja sunie z wolna, tylko od czasu do czasu przykładając do pieca.

A jednak, gdy nieco uważniej wytęży się ucho, wyraźnie słychać różnice w stosunku do poprzednich krążków. Po pierwsze: mniej tutaj furii - wybór "Doomed User" na singel promujący może zmylić słuchaczy - za to więcej smutku. Mniej typowo metalowych zagrywek, więcej stawiania na dobre piosenki. Nie chcę pisać o "radiowości" "Gore", gdyż byłoby to spore nadużycie, ale faktem jest, że załoga z Sacramento bardzo dopieściła kompozycyjnie swoje najnowsze dzieło. Posłuchajcie choćby innego kawałka promocyjnego, "Prayers/Triangles". Świetna melodia, starannie ułożona struktura i wspomniany smutek, niepewność, lęk. Czyżby to swoiste requiem dla Chi Chenga?

By poczuć kwintesencję "Gore" radzę także zaglądnąć na koniec krążka, do piosenki "Phantom Bride". Tutaj zaskakuje czysta, rockowa partia gitary i solówka... Jerry'ego Cantrella, która jeszcze wygładza brzmienie tej i tak już subtelnej piosenki. Jakby na przekór wieńczy ją wręcz djentowa koda - jak dla mnie jasne nawiązanie do czasów "Diamond Eyes".

Zresztą pod względem dźwięków i tekstów (pozwolę sobie nie analizować ich szczegółowo) "Gore" to dla mnie spięcie pewnej trylogii naznaczonej wypadkiem i śmiercią wspomnianego Chenga. "Diamond Eyes" było krążkiem pełnym nadziei i ukojenia, "Koi No Yokan" złości, ale także powolnej akceptacji przemijania. Na najnowszym krążku Deftones po prostu płacze. Ale nie jak typowa beksa. Raczej jak dorosły facet, który łez się nie wstydzi i traktuje je jak rodzaj terapii. Ciekawe, do czego leczenie doprowadzi Amerykanów na następnych albumach.

Jurek Gibadło