Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Glorious Sinners

Glorious Sinners - Bloodthirst

Glorious Sinners

Wykonawca:

Bloodthirst

7 /10

Bloodthirst kolejne pełnometrażowe albumy lubi przeplatać mniejszymi wydawnictwami. Wraz z najnowszą epką "Glorious Sinners" tradycja ta została podtrzymana.

Na początek rzut oka na okładkę płyty, która bardzo, za bardzo (by nie rzec - łudząco) przypomina "Infestissumam" Ghost. Rozumiem antychrystyczno-papieskie wątki w tekstach utworów, ale od grafika odpowiedzialnego za frontowy obrazek można chyba wymagać nieco więcej kreatywności. Tym bardziej, że warstwa muzyczna "Glorious Sinners", zgodnie zresztą z oczekiwaniami, nowinek nie przynosi. Nie czynię z tego zarzutu, tym bardziej, że "mający w pogardzie aktualne mody" i "konsekwentnie podążający własną ścieżką" Bloodthirst oraz wytwórnia Pagan Records wydają się być zadowolone z takiego stanu rzeczy. Wprawdzie funkcjonowanie całej rzeszy kapel kultywujących oldschoolowe podejście do thrashu (choć faktycznie nie tak licznej, jak jeszcze jakiś czas temu) może świadczyć o pewnym trendzie - bo co dziś trendem nie jest? - ale tym razem nie ma sensu zagłębiać się w te kwestie.

Przyznam, że zaprezentowane przez Poznaniaków na epce 23 minuty muzyki, zamknięte w pięciu premierowych kawałkach, to czas idealny dla ich twórczości. Przy okazji recenzji ostatniego długograja "Chalice of Contempt" wspominałem, że w muzyce formacji brak elementów wyróżniających i po prostu zapadających w pamięć, co czyni albumy Bloodthirst (oraz im podobnych kapel) z lekka nudnawymi. Tu w sukurs uderza mały format - zresztą zawsze przeze mnie lubiany i doceniany. Mniej niż dwa kwadranse galopującego thrashu w klimacie niedoścignionego Desaster czy Destroyer 666 to dawka w zupełności wystarczająca, by nasycić się propozycją zespołu, a nawet chętniej sięgnąć po przycisk repeat. Po premierowych epkach rzadziej błąkają się również niechciane, choć niestety pożyteczne czasem wypełniacze, korzyści z formatu wydają się być więc niepodważalne.

Kto miał okazję zetknąć się wcześniej z twórczością Bloodthirst, zaskoczony "Glorious Sinners" nie będzie. Kto Poznaniaków dotąd nie poznał, ale nieobcy jest mu nurt oldschoolowego (czy też, jak chce wytwórnia, sczerniałego) thrashu, ocierającego się o bardziej motoryczną odsłonę blacku, również nie natknie się na niespodzianki. Kapela pędzi do przodu, niesiona perkusyjnym umpa-umpa, zgrabnie balansując pomiędzy melodyką w warstwie gitar i nieprzesadną, ale wystarczającą agresją. Do tego bardzo klasowy, klasyczny dla gatunku wokal Rambo. Noga pracuje rytmicznie, głowa się kiwa. Proste, ale skuteczne. Już w otwierającym materiał, chyba najbardziej chwytliwym, a przy okazji urozmaiconym "The Viper's Nest" Bloodthirst zawarł wszystko, co u niego najlepsze. Dobra to wizytówka zespołu, która spełnia swą rolę i zaprasza do kontynuacji przygody z "Glorious Sinners".

Dalej jest podobnie, choć już bardziej jednolicie i bez nadmiernego mieszania w strukturach kompozycji. Sześciominutowy "The Masterpiece of Lie" trochę się dłuży, a utwory zachowują raczej bliźniacze cechy, ale dla słuchacza obytego w thrashowym nurcie nie jest to wielki powód do zmartwienia. "Glorious Sinners" to zatem całkiem solidne 23 minuty. Miłośnicy tego rodzaju grania powinni być zadowoleni, inni zaś zapewne nie będą szczególnie często zwalniać krążka z posterunku na półce z płytami. Wszystko zostaje po staremu, ale chyba właśnie tak miało być.

Szymon Kubicki