Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Concrete Confessional

The Concrete Confessional - Hatebreed

The Concrete Confessional

Wykonawca:

Hatebreed

Gatunek:

Metal

8 /10

Najnowszy album Hatebreed znacząco przybliża zespół do thrash metalu.

Śmiem nawet twierdzić, że Jamey Jasta i spółka odrzucają swoje hardcore’owe korzenie na rzecz znacznie intensywniejszego i bardziej technicznego grania, zmieniając przy tym swoje audytorium. Zresztą, to nie jest żadna nowość, bo ten proces zaczął się już wcześniej i jest sukcesywnie kontynuowany. Dlatego "The Concrete Confessional" przyjmuję z radością.

Siódmy krążek doskonale podsumowuje dotychczasowe dwadzieścia dwa lata działalności muzyków z Connecticut. Jawi się wręcz jako laurka wystawiona nie sobie, a wytrwałym fanom, którzy zawsze trwają przy zespole. Przez lata kariery, wokół grupy, a raczej jej lidera, narosło wiele kontrowersji, poniekąd przez telewizję, niegdyś z muzyką w nazwie. Jak dla mnie Jasta w roli prezentera sprawdzał się co najmniej dobrze, a to, co działo się poza kamerą nie jest (zwłaszcza teraz) szczególnie ważne. Grunt, że od kilku lat zespół nie zawodzi i każdy jego kolejny album dowodzi (dosłownej) potęgi na scenie. Kto choć raz widział Hatebreed na żywo ten wie, z jaką siłą rażenia należy ich utożsamiać. Najlepiej wypadają na festiwalach, ale o tym, być może przekonacie się już latem.

Wracając do albumu. W wywiadach Jasta przyznał, że w tekstach skupia się na manifestowaniu swojego niezadowolenia z obecnej sytuacji w Stanach Zjednoczonych. Amerykański sen powoli odchodzi w zapomnienie, a nadużycia policji, malwersacje lokalnych władz i rosnąca bezradność szarego człowieka ogarniają coraz większe rzesze Amerykanów. Nie sposób się z nim nie zgodzić, ponieważ taki stan rzeczy nie dotyczy jedynie mieszkańców USA. Problem rozprzestrzenia się na cały świat i próżno szukać "zielonych wysp" nie uginających się pod naciskiem korporacyjnego lobby, czy górujących na mocarstwami ekstremistami z ISIS. To wszystko piętrzy się i wzmaga wściekłość, którą skomasowano w trzynastu premierowych piosenkach. Żeby nie było całkowicie beznadziejnie, frontman formacji stara się wzbudzać w słuchaczach tzw. PMA - positive mental attitude, co - choć też nie jest novum - akurat jemu wychodzi całkiem przyzwoicie. Gdybym miał wskazać (w miarę mainstreamowy) zespół, który dokładnie opisuje niechęć do geopolityki i kolejnych nieudanych decyzji władz w połączeniu z charakterystycznym "głowa do góry", pewnie z miejsca wskazałbym właśnie na Hatebreed.

Nawet ciekawe teksty nie miałyby jednak sensu, gdyby nie warstwa muzyczna utworów. Rzekomo w zespole wszyscy dokładają do komponowania swoje trzy grosze, ale nie sposób nie usłyszeć w tych nagraniach ręki Franka Novinca, który nigdy nie ukrywał swoich fascynacji thrashem spod znaku Slayer. Skoro już o tym mowa, lwia część kompozycji to krótkie, super szybkie strzały między oczy. Nie mam tu na myśli dwóch pierwszych singli, a kawał płyty, rozpędzonej jak nigdy i serwującej prawdziwą paletę świetnych riffów. Mało tego, w końcu pokuszono się o to, aby sola odgrywały większą rolę (Novinec-Lozinak). Jednak najważniejszy okazał się większy nacisk położony na techniczny aspekt twórczości zespołu, poprzez gmatwanie utworów i komasowanie wszystkiego co najlepsze w Hatebreed w przeważnie nieco ponad dwóch minutach na numer. Lepiej być nie mogło.

Grzegorz Pindor