Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Hell Flower

Hell Flower - Pete True

Hell Flower

Wykonawca:

Pete True

Gatunek:

Folk

6 /10

Sporo skrajnych myśli nachodziło mnie podczas odsłuchu solowej płyty Piotra Truchela, gitarzysty, wokalisty i ogólnie spiritus movens świetnej, trójmiejskiej grupy Absyntia.

Truchel świetnie swoją solówkę poprowadził. Jest podniosły wstęp, rozwinięcie, momenty kulminacyjne ("Winter"), różnorakie zwroty akcji (instrumentalny "Violence"), a wreszcie zakończenie. Sam pomysł na płytę również niczego sobie, bo który lider grupy nie marzy o tym, by nagrać solowy, akustyczny krążek? Szczególnie, gdy autentycznie potrafi się śpiewać. To kwestia ambicji, potrzeby wyrażenia się bez pomocy kolegów z zespołu, również pewnego rodzaju zdrowego gwiazdorstwa i wiary we własne możliwości. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej, ale niemal każdy próbuje tego akustyka, gdzie jest tylko on i gitara, nagrać.

Truchelowi pomagają wprawdzie syntezatory, wiolonczela, pianino, djembe etc., ale to tylko dodatki nadające kolorytu, bo głównym bohaterem jest tu jednak Piotr i jego gitara, przy czym właśnie to Truchel stanowi o sile wydawnictwa, tymczasem gitary to jego raczej słabsze ogniwo. Rozchodzi się o to, że Truchel jest świetnym wokalistą, dysponującym męską, rockową barwą, gdzieś tam nawet czasem w gardle porządnie zachrypi - to miła odskocznia od tych wszystkich akustycznych indie/folk projektów, gdzie za mikrofonem stoi jakaś rozmamłana mimoza i wysokim, dziewczęcym oraz łamiącym się głosem opowiada jak mu ciężko w życiu, bo taki jest nieszczęśliwy, a ogólnie to strasznie wieje, a on jest taki słabiutki, że zaraz go wiatr porwie, a w najlepszym przypadku złamie wpół.

Pete True (i wcale nie Ryszard, jeśli wiecie co mam na myśli) jest samcem, który nie płacze na "Titanicu", a piwo zamawia chrypiąc na barmana. Potrafi być też liryczny i melodyjny. Choć na "Hell Flower" nie ma jakiegoś szlagiera, który zapisałby się złotymi zgłoskami w historii akustycznego grania, to rzeczy dobrze zaśpiewanych jest tu naprawdę dużo. To zresztą wokal głównie aranżuje piosenki i - jak już zostało nadmienione - stanowią o sile wydawnictwa.

Z gitarami jest niestety gorzej. Dominuje granie akordowe, co oczywiście nie jest jakimś potwornym zarzutem, ale wypadałoby nieco urozmaicić grę, podłapać również inne techniki. Niby jakieś starania były, ale wspomniany już, instrumentalny "Violence", nie jest utworem specjalnie ciekawym. Lepiej wychodzi zamykający krążek "Tricity Nights", bo pojawiają się w nim próby popisów solowych. Przyczepiłbym się również do aranżów i produkcji, która w moim przekonaniu trochę spłaszcza brzmienie płyty, sprawiając że jest zbyt studyjna i sterylna, jednowymiarowa, bo na drugim planie nie dzieje się absolutnie nic. Do czegoś interesującego na drugim planie Truchel powinien się mocniej przyłożyć już z założenia, bo brak basu jakby naturalnie musi być uzupełniony czymś innym.

To jednak kwestie drugorzędne wobec zarzutu głównego, być może podyktowanego osobistymi predyspozycjami brzmieniowymi. Mianowicie: brzmienie gitar. Gdy tworzy się tak osobistą, intymną płytę, to nie można tak zaniedbać brzmienia gitary. Akustyka powinno się nagrywać z pudła, a nie po kablach, bo cyfra zabija autentyczność atmosfery. Oczywiście z kabla akustyk też może brzmieć dobrze, ale trzeba umieć ten dźwięk wydobyć, tymczasem na "Hell Flower" to się nie udało. Podobnie było z "Acoustic - 8 filmów" KATa, gdzie sterylne, studyjne, zbyt wygładzone i czyste gitary psuły odbiór całości.

Oczywiście trzymam mocno kciuki za Piotra Truchela, bo to facet, który ma świetny wokal i opowieści, które nim wyśpiewuje brzmią naprawdę interesująco. "Hell Flower" jako całość jest mini-albumem (trwa 35 minut) ciekawym i perspektywicznym. Chciałbym by Pete True wciąż nagrywał solowo, bo może być z tego kawał fajnego, autorskiego grania. Pomyślałbym jednak o sposobie realizacji nagrań i włożeniu więcej wysiłku w osiągnięcie bardziej organicznego brzmienia. Pierwsze solowe płyty Johna Frusciante nagrywane były kalkulatorem, a "Niandra Lades and Usually Just a T-Shirt" ma przecież status albumu kultowego. "Hell Flower" jest trochę zbyt bezpieczną solówką, miło się jej słucha, ale czegoś jakby brak.

Grzegorz Bryk