Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / You Will Never Be One Of Us

You Will Never Be One Of Us - Nails

You Will Never Be One Of Us

Wykonawca:

Nails

Gatunek:

Grindcore

8 /10

"Wódka jak wódka, smakuje jednakowo. To znaczy wspaniale" powiedział youtubowy koneser trunków wysokoprocentowych Wiesław Wszywka. Taką samą opinię mógłbym wygłosić o grindcorze i jego pochodnych.

Ale czy mogło być inaczej, skoro kiedy inne dzieci oglądały "Reksia", moje oczy i uszy chłonęły "Live Corruption". Ten VHS przekazywany z ręki do ręki w szkole podstawowej odcisnął trwałe piętno na mojej kształtującej się psychice i rodzącym się guście muzycznym. Dlatego, nawet jeśli nowy album Nails nie do końca jest tym, czego oczekiwałem, wciąż cieszy.

Nails w Nuclear Blast. Przede wszystkim tego się nie spodziewałem. Ta stajnia preferuje raczej komercyjne strzały, a "You Will Never Be One Of Us" z pewnością nie będzie okupował czołowych miejsc na liście Billboardu, Spotify i Amazona. Z prostej przyczyny, ten krążek nie wpisuje się w żaden panujący w ciężkiej muzyce trend. Nie ma tu miejsca na retro rock, symfoniczny metal czy djent. Kiedy podczas odsłuchu do pokoju weszła moja żona i skrzywiła się na to, co usłyszała, głośno wyraziłem to, co już wiedziała. Tak, to nie są rurki z kremem.

Ten band i Tomas Skogsberg hardcore’a czyli Kurt Balou to dobre małżeństwo. Wygląda, że połączyli się na dobre i na złe. Przy czym na razie nie przeżyli jeszcze pęknięcia w swoim związku. Podpisanie papierków z niemieckim gigantem fonograficznym niosło ryzyko, że muzyka Nails straci na mocy. I trochę tak się stało, ale raczej był to świadomy wybór samego bandu niż nacisków ze strony włodarzy Nuclear Blast. Czy to oznacza, ze "brazylijski serial nie cieszy jak kiedyś"? Otóż nie. Nails wciąż wali w głowę. Tylko to już nie jest jeden nokautujący prosty, ale kombinacja ciosów.

Twórczość Nails nigdy nie była szczególnie oryginalna. To co urzekało na debiutanckim "Unsilent Death", który do dziś pozostaje moim ulubionym tytułem w ich dyskografii, to nie była oryginalność kompozycji. Grind na hardcore punkowych resorach nie był żadnym novum. Jednak pierwotna siła, niczym nieskrępowana agresja, charakterystyczny punkowy brud, to były elementy nie do przecenienia. Jeśli Magrudergrind jest niczym uliczny chuligan. Jeśli Rotten Sound czy Gadget mają energię bomby atomowej. Nails było niczym psychopata, który znalazł się w opuszczonej sali centrum bojowego, gdzie na wierzchu leżą kody dostępu.

Przyznaję, że z każdym odsłuchem wkręcam się w nowy materiał Nails coraz bardziej. Album stracił trochę mocy na rzecz ciężaru. Zmetalizowanie brzmienia nieco osłabiły jego siłę rażenia. Liczyłem na ten spontaniczny, nieokiełznany, brudny wybuch nienawiści. Tymczasem otrzymałem dużo złości, ale kontrolowanej. Rzecz nie w tym, że jest to słabe. Przeciwnie, dwadzieścia jeden minut muzyki, krótkie strzały, masa znakomitych tematów, brzmieniowo bez zarzutu. Tylko teraz Nails wtopili się nieco w tło, a oczekiwałem, czegoś wyjątkowego. Przede wszystkim więcej punka w ich grindzie. Więcej spontanu, więcej rozwałki. Tymczasem jest tu punkujący grind stworzony według receptury, która lata temu zostawili potomnym Napalm Death czy Terrorizer. Jest dużo metalu. Chciałbym, żeby było tu po prostu więcej szaleństwa, jakim cechowały się wcześniejsze wydawnictwa zespołu.

"You Will Never Be One Of Us" ma odpowiednią dawkę intensywności, jest bardzo zwarty, a zarazem niemęczący, a to za sprawą umiejętnie wprowadzanej przestrzeni do bardzo krótkich kompozycji. No, z wyjątkiem ostatniego ośmiominutowego "They Come Crawling Back", który ciągnie się jak czas u cioci na imieninach. Wolałbym jeszcze ze trzy strzały w stylu "Parasite" czy "Life Is A Death Sentence". Ta muzyka wciąż brzmi jak koniec świata, z tą różnicą, że teraz brzmi jak zapowiedziany koniec świata a nie nagły kataklizm.

Sebastian Urbańczyk


Zdaniem Grzegorza Pindora


Wielbiciele Nails wyrażają swoje niezadowolenie w związku z odcięciem zespołu od undergroundowej niszy. Zapytacie, jak do tego doszło. Po pierwsze, trafili pod skrzydła Nuclear Blast, po drugie, nieco wygładzili brzmienie i spoglądają, choć jak na moje ucho raczej niechętnie, w stronę metalcore’a niż dotychczasowej hc/grindowej sieki. Nie zmienia to jednak faktu, iż Amerykanie pozostają jedną z najwścieklejszych ekip na Ziemi, mogącą równać się naszym europejskim Loma Prieta czy Birds in Row. Poza tym, łoją tak bezlitośnie, że aż - kolokwialnie mówiąc - miło. Za to ostatnie pismacy i fani ganią ich najbardziej, ale przecież w muzyce - nawet tej w założeniu niszczącej narządy słuchu - chodzi, aby sprawiała radość słuchaczom.

O ile w warstwie muzycznej Nails daleko do wesołkowatych melodyjek i typowych dla core’a patentów, tak rzeczywiście, w samej strukturze utworów panowie dali upust swoim mniej brutalnym fascynacjom. Nie jest jednak tak, jak na siłę próbują przekonywać koledzy po piórze, że to inny band, skrojony trochę pod dyktat Nuclear Blast. Z mojej strony wygląda to tak, że nawet z Ballou za konsoletą, da się nagrać krążek cechujący się przestrzenią i selektywnością, i choć niektórzy tego nie dostrzegają, dowodzi to rozwoju zespołu. Przyznam, że nie chciałbym aby akurat ta ekipa odpalała same ciężkie ładunki, gdyż jak na tak sprawnych instrumentalistów przystało (a nikt nie śmie w to wątpić), amerykańskie trio jest zdolne, i jak widać, skłonne, aby zagmatwać nieco swoją muzykę, posiłkując się przy tym dotychczas niewykorzystanymi pomysłami i inspiracjami. Dlatego cieszy mnie okazyjne zwalnianie tempa i spuszczanie z tonu.

Chciałbym jednak zaznaczyć, że nadal mamy do czynienia z prawdziwym potworem, monstrum, które sukcesywnie, wespół z Baptists, sieje zniszczenie i pożogę na deskach wszystkich klubów, w jakich do tej pory miał okazję grać. Nihilistyczny opus, jakim jest "You Will Never Be One of Us" najlepiej odpalić - a jakże - głośno i w ramach codziennej dawki odstresowania po kolejnym szarym dniu w robocie. Każdy ze strzałów składających się na ten długograj to mały, krótki majstersztyk w kategorii "zniszczyć wszystko". Gdyby muzycy nagle zapomnieli jak tka się ścianę dźwięku, w której liczy się ryk, opętańcze tempo i dbałość o techniczny aspekt, wtedy rzeczywiście, można by ich spisać na straty. Niemiecka oficyna miała do nich nosa, i mam nadzieję, że niejeden taki band dostanie szansę na to, aby móc szeroko zaistnieć.  A póki co, zgodnie z tytułem, nigdy nie będziecie tacy jak oni. W sumie po co, skoro trójka z Kalifornii łoi mocniej niż połowa naszej sceny.

Grzegorz Pindor