Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Getaway

The Getaway - Red Hot Chili Peppers

The Getaway

Wykonawca:

Red Hot Chili Peppers

Gatunek:

Rock

5 /10

Peppersi przestali robić to, co wychodziło im najlepiej, czyli pisać świetne melodie i energetyczne funk-rockowe przeboje. Na "The Getaway" próbują swojej muzyce nadać większego artyzmu, ale efekt jest taki, że to najgorszy album w ich ponad 30-letniej karierze.

Mimo, że już po pierwszych przesłuchaniach nowego krążka Red Hot Chili Peppers miałem o nim kiepskie zdanie, postanowiłem wstrzymać się z ostateczną oceną do występu grupy na Open'erze. Z "The Getaway" zagrali aż pięć utworów, czyli w sumie ¼ setu. Publika przyjmowała nowe kawałki raczej z konsternacją niż entuzjazmem, ale i tak zabrzmiały one na żywo o niebo lepiej niż na płycie. To, że forma koncertowa Kalifornijczyków znacznie przewyższa w ostatnich latach ich dokonania studyjne, najbardziej widać na przykładzie najmłodszego członka grupy - gitarzysty Josha Klinghoffera. Jego swoboda w jammowaniu i improwizacji w nawet największych hiciorach była momentami na Open'erze naprawdę imponująca. Dziwi, że tego potencjału nie słychać na "The Getaway". Choć wszystkie piosenki na nowy album były pisane wspólnie, to Josh nadal, podobnie jak na "I’m With You", wydaje się być mocno zdominowany w tym względzie przez pozostałą trójkę.

Problem "The Getaway" jest taki, że to po prostu w większości nudna płyta. W kawałku tytułowym czy singlowym "We Turn Red",  aż prosi się o jakieś mocniejsze wejście gitary, moment szaleństwa. Irytujące jest wręcz sterylnie czyste brzmienie albumu, jakie zafundował producent - Danger Mouse. Właściwie jedynym momentem, w którym zespół "dokłada do pieca" jest kapitalna końcówka "Goodbye Angels" (Josh w jednym z wywiadów uznał ten utwór za swój ulubiony na płycie).

Red Hot Chili Peppers nie rekompensują niestety słuchaczowi braku żywiołowości ilością fajnych melodii. Chlubnym wyjątkiem jest pierwszy singiel, czyli "Dark Necessities" z basowym intro Flea, brzmiącym trochę jak początek "Can’t Stop", przyjemnym refrenem i ładną, subtelną solówką. Wyróżnia się też "Feasting on the Flowers" przywodzące na myśl ostatnią płytę Blur "The Magic Whip". Do plusów zaliczam też końcówkę - utwory "The Hunter" i "Dreams of a Samurai". To by było jednak na tyle ciekawszych momentów.

Mimo wpadki, jaką niewątpliwie jest "The Getaway", śmieszą mnie jednak wszystkie głosy w rodzaju "Bez Frusciante nie mają po co grać". John wybrał w 2009 roku swoją własną muzyczną drogę - pseudoartystycznej, wydumanej elektroniki, której nikt nie słucha. To, że Anthony, Flea i Chad potrafią się bez niego obejść pokazali choćby 21 lat temu nagrywając z Davem Navarro psychodeliczno-heavymetalową jazdę w postaci znakomitego "One Hot Minute". Dowodów na sens funkcjonowania RHCP bez Frusciante, nie trzeba zresztą szukać tak daleko w przeszłości. Wspomniany już poprzedni album - "I’m With You", choć gitara Klinghoffera pełniła na nim raczej marginalne funkcje, był dużo bardziej udany niż "The Getaway".  

Flea na gdyńskim koncercie bardzo chętnie z okazji równolegle trwającego meczu naszych piłkarzy z Portugalią intonował "Polska biało-czerwoni". "Nic się nie stało Red Hoci, nic się nie stało" można by w rewanżu zaśpiewać o "The Getaway".

Maciej Pietrzak