Kup Magazyn Gitarzysta

Apology - Weekend Nachos

Apology

Wykonawca:

Weekend Nachos

Gatunek:

Hardcore

9 /10

Minęło trochę czasu, odkąd w tym miejscu zachwycałem się trzecim długograjem Nachosów. Wybuchowa mieszanka grindu, sludge’u i hardcore'a robiła oszałamiające wrażenie.

Prawdę mówiąc na taki album czekałem od chwili, kiedy kanadyjski Cursed zakończył działalność. W dość przykrych okolicznościach trzeba zaznaczyć. Moje szczęście w postaci wydawnictw Weekend Nachos, jak się okazuje, nie trwało długo. Ekipa z Illinois również postanowiła się pożegnać z fanami. Przepraszają, ale jednak… Nie mam żalu, takie przeprosiny przyjmuję.

Najwyraźniej muzycy uznali, że powiedzieli już wszystko. Odchodzą z podniesioną głową, bo nigdy nie zaserwowali zgniłego jaja. Szczyt osiągnęli na wspomnianym "Worthless". Co tu dużo mówić, mogli klepać kolejne krążki na jedno kopyto i pewnie wszyscy byliby zadowoleni. Wszyscy, prócz samego zespołu. Wydany później "Still" udowodnił, że nie zamierzają się powtarzać. Co więcej, chłopaki wrócili tam, gdzie czują się najlepiej. Do zatęchłej piwnicy. Nie mieli w planach pchać się na salony. I dobrze.

Każdego, kto po cichu liczył, że pożegnalna płyta będzie nawiązywać do początków ich dyskografii, czeka rozczarowanie. "Apology" to kolejne rozdanie. Wciąż jest to mroczny hardcore, ale nie znajdziemy tu już blast beatów i szaleńczego tempa. Przeciwnie, Nachosi zwolnili i pięknie dociążyli brzmienie.

Brud, smród i ubóstwo. Tak można w skrócie określić zawartość "Apology". To jest amerykańska alternatywa w najlepszym wydaniu. Muzyka jest prosta, brudna, surowa, obskurna i zdołowana. Idealny produkt made in Relapse. Tak jak wcześniej zawarte w ich twórczości elementy grindu urywały głowę, tak teraz sludge’owe doły wgniatają w fotel. Ciężko mówić w przypadku tego typu grania o przebojowości. Nie ma tu wpadających w ucho melodii. Mimo to, na swój sposób kawałki na "Apology" są chwytliwe. Ta muzyka sięga do źródeł tego stylu. Surowe brzmienie i znakomity riff stanowią jego esencję. Pierwotna siła przesterowanej gitary. Trzeba dużo talentu, żeby przykuć uwagę grając, w gruncie rzeczy, tak prosto. Weekend Nachos go mieli.

Każdy, kto siedzi w tego typu klimatach wie, że jest bardzo dużo podobnie grających kapel. Jednak bardzo niewiele potraf nagrać coś naprawdę godnego uwagi na tym wyeksploatowanym gruncie. "Apology" z jednej strony brzmi spontanicznie, a z drugiej słychać, że nie ma tu przypadku. Całość jest przemyślana, kiedy trzeba jest intensywniej, innym razem Amerykanie wpuszczają trochę powietrza do kompozycji. Wiedzą kiedy dociążyć numer, a kiedy trochę odpuścić słuchaczowi. Nie ma tu jednak schematów, nieprzewidywalność, niepewność co się za chwilę wydarzy, to kolejna rzecz, tak charakterystyczna dla Weekend Nachos. Na koniec niespodzianka, niemal doomowy walec. Wszystko się w tym kawałku zgadza, riffy, bębny, brzmienie. Miazga. Jak cały album. Apology? I accept.

Sebastian Urbańczyk